Polscy komandosi podczas ćwiczeń w Szkocji w 1943 r.

1 Samodzielna Kompania Commando

W 1942 roku została sformowana 1. Samodzielna Kompania Commando, której dowódcą został kpt. Władysław Smrokowski. Polscy komandosi z tzw. 6-th Troop byli pierwszym zwartym oddziałem, który wylądował na Półwyspie Apenińskim, oni też jako pierwsi z Polaków weszli tam do akcji bojowej. Brali udział m.in. w walkach nad rzeką Gargliano, wchodząc w skład zgrupowania komandosów brytyjskich. Włączeni następnie do polskiego 2. Korpusu walczyli pod Monte Cassino i jako pierwsi wkroczyli do Ankony, a także bili się o Bolonię.

POWSTANIE 1 SAMODZIELNEJ KOMPANII COMMANDO

W 1942 r. lord Louis Mountbatten (szef Operacji Połączonych) zwrócił się do Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych gen. Władysława Sikorskiego z propozycją utworzenia polskiego oddziału komandosów. W efekcie tych rozmów, 28 sierpnia 1942 roku wydano rozkaz o jego sformowaniu, które zostaje ukończone z końcem września 1942 r. Rozkaz brzmiał: Zarządzam sformowanie kompanii Commando według następujących wytycznych:

  1. Jednostka formująca: 1. Sam. Bryg. Strzelc.
  2. Skład osobowy – wg załącznika.
  3. Termin sformowania 20.IX.1942 r.
  4. Odznaki: patki piechoty. Na rękawach poniżej „Poland” napis „Commando” typu brytyjskiego.
  5. Kompania „Commando” wejdzie w przyszłości w skład Międzyalianckiego Commando, z tym, że stanowić będzie nadal jednostkę Polskich Sił Zbrojnych.

Zadanie zorganizowania kompanii powierzono kpt. Władysławowi Smrokowskiemu. Pozostanie on dowódcą od chwili jego powstania aż do rozwiązania. Żołnierze byli samymi ochotnikami. Z licznej grupy kpt. Smrokowski wybierze najlepiej wyszkolonych i z najwyższymi kwalifikacjami. Zostaną oni wysłani do ośrodka treningowego brytyjskich komandosów w Achnacarry, gdzie przejdą intensywne szkolenie będące „selekcją charakterów”. Po skończonej selekcji i szkoleniu żołnierze 1. Samodzielnej Kompanii Commando weszli w skład 10. Międzyaliankciego Commando jako 6-th Troop of 10th Inter Allied Commando (6. kompania w 10. Międzyalianckim Commando).

Pierwsza Samodzielna Kompania Commando była odziałem złożonym z około setki żołnierzy, wytrenowany w specjalnym centrum szkolenia komandosów w Wielkiej Brytanii, dając w bitwach dowody ogromnej sprawności, odwagi i poświęcenia.

Wyróżniała ich naszywka ze znakiem Operacji Połączonych, na którym widniała kotwica, tommy-gun i albatros, symbolizująca współpracę marynarki wojennej, wojsk lądowych oraz sił powietrznych. Dookoła umieszczono napis „United we conquer” (Zjednoczeni zwyciężymy). Od koloru beretu nazywano ich „Zielonym diabłami”. Obecnie jest on symbolem wyróżniającym Wojska Specjalne i dopełnieniem dziedziczonych tradycji.

KIM BYLI PIERWSI POLSCY KOMANDOSI?

Żołnierze 1. Samodzielnej Kompanii Commando pochodzili z różnych miejsc i środowisk, połączyła ich idea walki o Ojczyznę oraz patriotyzm, wielu z nich poległo dając dowód poświęcenia i ofiarności. Gen. Kazimierz Glabisz tak ich wspominał: Byłem zbudowany prezencją wojskową, ale zaniepokojony dużym procentem młodych i wątłych chłopców. Oczy ich zdawały się mówić, że wola i zapał są ważniejsze niż szerokie bary i atletyczne mięśnie, które odpowiednia zaprawa wyrobić może. Tak też było. Olbrzymia większość sprostała wszystkim zadaniom z nawiązką.

Pierwszymi komandosami byli m.in.: Maciej Zajączkowski, zwany „Drzewica”, autor książki- wspomnień „Sztylet komandosa” – wielbiciel gór, taternik. Jeden z pierwszych ochotników do służby w 1 Samodzielnej Kompanii Commando, w 1973 roku udekorowany przez Prezydenta RP Krzyżem Kawalerskim Orderu Polonia Restituta. Rtm. Stanisław Wołoszowski, zwany „Kondycją”, znany przed wojną jeździec, w wieku 29 lat wstępuje do komandosów, zginął w 1944 roku w walkach pod Suio ratując kolegę z zespołu. Ppor. Adam Bachleda „Curuś”, góral, odznaczony Krzyżem Walecznych, ciężko ranny podczas bitwy pod Monte Cassino, umiera w szpitalu. Rtm. Andrzej Bohomolec – oficer łącznikowy – bohater słynnego rejsu polskiego jachtu „Dal” przez Atlantyk, odznaczony orderem Virtuti Militari. Po wojnie, w 1960 r. brytyjska królowa Elżbieta II nada mu tytuł honorowego podpułkownika kanadyjskiego 19. Pułku Dragonów z Alberty. Franciszek Rogucki – pierwszy poległy komandos, urodzony w Stanach Zjednoczonych, gdzie za namową matki wstępuje do polskiej armii. Nigdy nie zobaczył Polski, ale wiedział „jakie ma obowiązki wobec starego kraju”.

Na zdjęciu: Rtm Stanisław Wołoszowski (pierwszy z prawej w dolnym rzędzie), dowódca ppłk Dudley Lister (trzeci od lewej w górnym rzędzie) oraz grupa międzynarodowych oficerów 10 Międzyalianckiego Commando.

Na zdjęciu: Rtm Stanisław Wołoszowski (pierwszy z prawej w dolnym rzędzie), dowódca ppłk Dudley Lister (trzeci od lewej w górnym rzędzie) oraz grupa międzynarodowych oficerów 10. Międzyalianckiego Commando.

KOMPANIA BRACI

Wśród żołnierzy 1. Samodzielnej Kompanii Commando panowały braterskie więzi, zaś wspólna służba wytarzała trwałe relacje. Wiktor Ostrowski, dziennikarz żołnierskiego pisma „Parada”, opisał ich w reportażu w 1944 roku: Komandos opowiadał będzie serdecznie…Nie o sobie i swoich wyczynach, ale o tych druhach, co do szpitala odeszli lub na zawsze w ziemi włoskiej zostali. Całe bowiem Commando jest związane, scementowane najpiękniejszą rzeczą pod słońcem – przyjaźnią męską i braterstwem krwi. To już samorzutnie powstaje w czasie takiej „roboty”.

Podobnie wspominał żołnierz 1.SKC Maciej Zajączkowski po walkach w rejonie Monte Cassino: Ta więź commandosowa naszej kompanii, zadzierzgnięta jeszcze w Fairbourne czy Achnacarry, nie po raz pierwszy zdaje egzamin. Każdy z nas czuje się jedną całością ze wszystkimi. I jeśli ktoś był w akcji i jest teraz zmęczony, to pozostali poczuwają się do tego, by po powrocie dać mu wszystko i zapewnić wygody. Tak było, gdy wracaliśmy z górskich patroli w Capracotta, czy Pescopennataro. Tak było, gdy śnieg zasypał drogi i muły niosące prowiant nie mogły przejść, a Boguś (Wołoszowski) przez cały dzień ciągnął na barkach potężny ciężar z prowiantem. Tak było w ostatniej akcji, gdy nocą przez ostrzeliwane stale góry, nadludzkim wysiłkiem próbowano dostarczyć nam żywność pod pozycję, pod którą zalegaliśmy. Tak jest i teraz.

TRENING KOMANDOSÓW

Podczas II wojny światowej głównym ośrodkiem treningowym komandosów był Commando Depot, mieszczący się w Achnacarry, położony wśród bagien, przy nieustannym deszczu, gdzie podstawowy trening prowadzony był przez dwanaście tygodni. Komendantem był Charles Vaughan zwany „Dziedzicem na Achnacarry” czy „Wilkiem z Badenoch”, który wyszkolił prawie 25 tys. komandosów. Ćwiczono walkę na noże, jujitsu, czy wspinaczkę wysokogórską. Ważnym punktem szkolenia była orientacja w terenie, komandosów wywożono daleko od ośrodka, w nieznanym kierunku i bez środków pieniężnych. W określonym czasie musiał on stawić się – nieważne jakim sposobem – na miejscu zbiórki. Jeden z komandosów 11 Commando przebył 400 km w kilka godzin, „pożyczając” po drodze kilka pojazdów.

TRENING_KOMANDOSÓWWyposażenie żołnierzy stanowiły mi.n. toggle-rope (odcinki lin zakończone pętlą z jednej, a zatyczką z drugiej strony) czy buty cichołazy zaopatrzone w podeszwę typu Vibram, umożliwiającą chodzenie w górskim terenie, wspinaczkę po skale, a zarazem pozwalającą na bezszelestne poruszanie się. Niemcy zorientowali się jakiego obuwia używają komandosi, dlatego w miejscowościach rozplakatowali fotografie odcisków buta Vibram, wyznaczając nagrodę za doniesienie o spostrzeżeniu tych śladów.

Duży nacisk kładziono na działania nocne, wybierając bezksiężycowe i pochmurne noce. W brytyjskich bazach wojskowych komandosi przechodzili szkolenie morskie, gdzie trenowano „ciche lądowanie” oraz lądowanie z silnym przygotowaniem ogniowym, gdzie wprost z łodzi należało wspiąć się na wysoką, pionową ścianę skalną. I nieważne o której oddział wrócił z ćwiczeń – o wyznaczonej porannej godzinie miał być gotowy do dalszych zajęć. Ćwiczono także różne warianty lądowania, przeprawy przez rzekę albo wejścia do budynku połączonego z „włamaniem” do kasy, czy sejfu. Jednym z instruktorów specjalnych akcji sabotażowych był Johnny Ramensky – Litwin, jeden z najsłynniejszych włamywaczy na wyspach brytyjskich. W czasie wojny zmobilizowany, otrzymał stopień sierżanta ucząc komandosów jak otwierać kasy pancerne, czy drzwi.

Równocześnie kształtowano charakter komandosów, kładąc nacisk na odwagę, inicjatywę oraz koleżeńskość. Znak „Combined Operations” stał się wyrazem braterstwa broni, wspólnych trudów i jedności. Żołnierz 1 Samodzielnej Kompani Commando Maciej Drzewica opisał: ćwiczymy lądowanie, pływamy po morzu z nadzieją, że kiedyś płynąć będziemy Bałtykiem i lądować na polskim wybrzeżu. I wszyscy mamy tę samą myśl-zarówno Polacy, jak commandosi innych narodowości, jak wreszcie brytyjscy marynarze, aby jak najprędzej stanąć na kontynencie. I tą myślą tworzymy jedną zwartą gromadę.

TRENING W ACHNACARRY – POT I KREW

W listopadzie 1942 r. 1. Samodzielna Kompania Commando przybywa do ośrodka treningowego Commando Basic Training Centre w Achnacarry. Położony na górzystym terenie, wśród bagien, przy nieustającym deszczu i ostrych mrozach był idealnym miejscem do realistycznego szkolenia. Otoczenie Achnacarry, niesprzyjająca pogoda i trudny teren traktowano jako element szkolenia, ucząc ich wykorzystywania w celu osiągnięcia zaskoczenia przeciwnika i ważną zasadę w sukcesie operacyjnym.

Pierwszym ćwiczeniem był marszobieg w pełnym oporządzeniu od stacji kolejowej Spean Bridge do ośrodka – 11 km. W samym Achnacarry trening obejmował walkę na noże (techniki „silent kill”), strzelanie z każdej pozycji, jujitsu, wspinaczkę wysokogórską, sztukę przetrwania i maskowania. Tory przeszkód pokonywano pod ostrzałem ostrej amunicji, a kilka razy w tygodniu uczestnicy wykonywali marszobiegi 20 mil w tempie siedmiu kilometrów na godzinę.

Jednym z najtrudniejszych ćwiczeń był tzw. Śmiertelny Rajd (Death Ride), zjazd na linie na dużej wysokości nad rzeką Arkaig wśród wrzucanych do wody petard. Wiele szkoleń zaprojektowano by wzmocnić wiarę w siebie i utrwalić indywidualne cechy osoby dla dobra zespołu.

Szkolenia tworzyły cenne więzi między komandosami. Jednym z kursów był „Me and My Pal”, gdzie łączono nowego kursanta z już trenującym. Każda para musiała współpracować, by osiągnąć sukces, co zachęcało do pracy zespołowej i doskonaliło tzw. cichą robotę, jako porozumiewanie się bez słów. Po treningu w Achnacarry stan 1. Samodzielnej Kompanii Commando zmniejszył się o 13 żołnierzy.

Intensywne szkolenie miało przygotować komandosów do działań bojowych. Trudny i rygorystyczny trening zaszczepiał zaufanie i wzmacniał inicjatywę, niezbędną do wykonywania zróżnicowanych misji. Zasada im więcej potu na treningach – tym mniej krwi w walce jest nadal aktualna, a o Achnacarry często mówi się jako rodowodzie sił specjalnych.

Świadomość znaczenia jednostek Commando miało również dowództwo brytyjskie, kładąc nacisk na intensywne szkolenie. W grudniu 1942 r 1. Samodzielna Kompania Commando trenowała w morskich bazach Combined Operations i później w bazie Warsash. Ćwiczyli w trudnych warunkach skalistych wybrzeży, z kilkumetrowymi przypływami, w niskiej temperaturze przy pełnym oporządzeniu.

13 GRUDNIA – PIERWSZY PATROL

12 grudnia 1943 roku 1. Samodzielna Kompania Commando wyrusza na swoje pierwsze zadanie bojowe. Z bazy w Molfetta docierają do miejscowości Capracotta., położonej nad rzeką Sangro. Wchodzą tam pod bezpośrednie rozkazy mjr Good`a – dowódcy 56. Pułku Rozpoznawczego. Jeden z oficerów kompanii wspomina: dziwnie szare i ponure jest popołudnie 13 grudnia, gdy ciężkie wozy wtaczają się wolno w ruiny miasteczka Capracotta. Przechodzimy do wyznaczonego na kwatery miejsca. Względnie cało zachowany budynek zajmowany jest z ostrożnością, z przeciwnego bowiem zbocza doliny nieprzyjaciel ma dobrą obserwację na całe miasteczko. Gdzieś na prawo i lewo od nas dochodzi głuche pomrukiwanie armat, nasz odcinek tonie z zupełnej ciszy”.

13 grudnia 1943 roku kompania wyrusza na swój pierwszy patrol pod dowództwem kpt. Władysława Smrokowskiego – zwanego „Wodzem”. Dzień później składa on raport odcinka – zadanie wykonane planowo, nieprzyjaciela nie napotkano. 1.SKC była pierwszym oddziałem alianckim, który rozpoznał ugrupowania nieprzyjaciela, zaś pierwszy patrol – preludium do dalszych akcji zwiadowczych, jakie w przyszłości czekały polskich komandosów.

Datę wyruszenia pierwszego patrolu nad rzeką Sangro – komandosi obrali dniem święta kompanijnego.

FRANCISZEK ROGUCKI – PIERWSZY POLEGŁY KOMANDOS

Dwa dni później 1. Samodzielna Kompania Commando udaje się na patrol w rejon miasta Ateletta. Jego przebieg zapisze się jako zadanie, gdy Polacy po raz pierwszy starli się z Niemcami na Półwyspie Apenińskim. W czasie wymiany ognia zostaje ranny st. strz. Franciszek Rogucki. Przez 4 godziny komandosi wiozą rannego na mule do bazy w miejscowości Capracotta, niestety umiera podczas transportu. W dzienniku bojowym por. Czyński zapisał: wszyscy uczestnicy tego patrolu dali z siebie wszystko dla wyniesienia rannego kolegi z pola, jak też dla wykonania tego zadania.

Franciszek Rogucki pochodził z Pittsburga (USA). Nigdy nie widział Polski, słabo władał ojczystym językiem. Patriotyzm zaszczepiła mu matka, w imię obowiązków wobec „starszego kraju”. Za jej namową założył polski mundur i wstąpił do komandosów. Był pierwszym Polakiem, który poległ we Włoszech w czasie drugiej wojny światowej. Pośmiertnie odznaczony przez gen. Kazimierza Sosnkowskiego Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari, tym samym został pierwszym Kawalerem Orderu na froncie włoskim. Pochowany został w Capracotta, zaś na jego grobie komandosi wymalowali znak Operacji Połączonych: kotwicę, tommy-gun i albatrosa w locie.

Motto: „Nigdy nie zostawiamy swoich” przetrwało do dziś i jest jednym z najważniejszych zasad wśród współczesnych żołnierzy sił specjalnych.

PESCOPENNATARO – CHRZEST BOJOWY POLSKIEJ KOMPANII

W grudniu 1943 roku 1. Samodzielna Kompania Commando dociera w rejon wioski Pescopennataro, gdzie dowództwo zawiadamia o spodziewanym ataku nieprzyjaciela. Ze względu na przewidywane przeważające siły Mjr Good proponuje wycofanie się, jednak dowódca kpt. Smrokowski postanawia utrzymać wyznaczony odcinek i przygotowuje się do obrony. Zgromadził wszystkich cywili z miasteczka w budynku kościoła, potem rozdzielił zadania dla poszczególnych plutonów.

W nocy z 21 na 22 grudnia 1943 roku następuje z trzech stron atak na Pescopennataro, 250 niemieckich strzelców alpejskich przeciwko 70 komandosom. Jedynym wsparciem dla Polaków byli brytyjscy artylerzyści stacjonujący kilka kilometrów dalej. Melchior Wańkowicz, korespondent wojenny pisał: Płk Klemens Rudnicki wraz z oficerem brytyjskim pochylili się nad mapą. Nie było sposobu pomocy Polakom. Nawet natychmiast wysłana pomoc byłaby spóźniona o dwie godziny. Angielski oficer zapytał gen. Rudnickiego „Czy pan sądzi że 70 Polaków da sobie radę z oddziałem 250 strzelców alpejskich? Pan generał obawia się, że jest ich za mało? Ja sądzę, że jest ich quite enough”.

Nad ranem, po zaciętych walkach Niemcy wycofują się ponosząc straty. W walce poległo ok. 20 Niemców, wielu było rannych. Polscy żołnierze nie stracili żadnego żołnierza, tylko trzech zostało rannych. Obrona Pescopennataro było chrztem bojowym polskiej kompanii i na dodatek okazało się pełnym sukcesem.

Tego samego dnia przychodzi pismo od dowódcy dywizji: Z okazji Pańskiego pierwszego starcia z przeważającym nieprzyjacielem wyrażam gorące podziękowania Panu, Pańskim Oficerom i szeregowym za zdecydowane i dobre wykonanie zadania i utrzymanie odcinka – C.A. Keightley gen. major Dowódca 78. Dywizji.

Działania Dowództwa Operacji Połączonych, w skład którego wchodziła 1. Samodzielna Kompania Commando przynosiły Niemcom coraz dotkliwsze straty. 18 października 1942 roku Hitler wydaje tajny rozkaz (Kommandobefehl), który nakazywał bezwzględną eliminację wszystkich alianckich komandosów wykonujących misje na terenie Europy i Afryki, nawet gdyby okazywali chęć poddania się. Rozkaz nie dotyczył wojsk regularnych.

WALKI NAD RZEKĄ SANGRO I GARIGLIANO

W styczniu 1944 roku 1. Samodzielna Kompania Commando została przesunięta na północ od Neapolu, z zadaniem dokonania dywersji w okolicy Castelforte, gdzie miało stacjonować dowództwo niemieckiej dywizji piechoty. Przy forsowaniu rzeki Garigliano kompania napotkała silny opór, okoliczne wzgórza były gęsto obsadzone niemieckimi stanowiskami. Zadanie zostało wykonane, niemniej polscy żołnierze ponieśli ciężkie straty (4 zabitych i 25 rannych), zginął m.in. zastępca dowódcy rotmistrz Stanisław Wołoszowski ratując kolegę z zespołu.

Rtm. Stanisław Wołoszowski, przed wojną europejskiej sławy jeździec, członek grupy olimpijskiej, oficer 1 Pułku Strzelców Konnych. W 1937 roku podczas Wielkich Międzynarodowych Zawodów Konnych w Gdyni trwała rywalizacja między reprezentacją polską a niemiecką. Trudnym przeciwnikiem jest niemiecki zawodnik, a zarazem oficer SS Gunter Theme. S. Wołoszowski wykonując ostatni, najlepszy skok przyczynia się do zwycięstwa Polski. Wiwatujący na jego cześć tłum śpiewa polski hymn narodowy.

W czasie wojny został internowany na Węgrzech, później przedostaje się do Wielkiej Brytanii, gdzie przechodzi intensywne szkolenie, stając się specjalistą od sabotażu i dywersji. W 1942 roku zgłasza się na ochotnika do 1. Samodzielnej Kompanii Commando, gdzie zostaje zastępcą dowódcy. Szybko zyskuje sobie szacunek i przyjaźń kolegów, nazywamy jest przez nich „Kondycją” z powodu nieustannego zachęcania do wysiłku fizycznego. Uczestnik wielu akcji bojowych. Kpt. Andrzej Czyński, były dowódca 1. plutonu kompanii wspominał rotmistrza: był wspaniałym kolegą, tak w życiu codziennym, jak i ciężkich chwilach. Nosił dowcip w zanadrzu. Był lubiany przez wielu ludzi

18 stycznia 1944 roku w trakcie zaciętych walk pod Suio zostaje ciężko ranny st. strzelec Henryk Klajber. Rtm. Stanisław Wołoszowski odkłada swój rkm udając się na pomoc rannemu, w tym momencie dosięga go strzał niemieckiego snajpera. Został pochowany na Cmentarzu Polskim pod Monte Cassino. Pośmiertnie odznaczony Orderem Virtuti Militari kl. V.

Po walkach nad Garigliano i rzeką Sangro, 29 stycznia 1944 roku, dowódca kompanii otrzymał telegram od Naczelnego Wodza: Otrzymałem wysoce oceniający raport waszej walki. Moje najserdeczniejsze gratulacje i osobiste podziękowanie Panu, jego oficerom i szeregowym. Well done. Pracujcie tak dalej.

Walki nad Garigliano i rzeką Sangro zostały upamiętnione w jeszcze jeden sposób – wszyscy biorący w niej udział żołnierze otrzymali srebrne sygnety w kształcie wygiętego sztyletu z wygrawerowanym znakiem Operacji Połączonych oraz napisami „Poland-Commando” i „Sangro-Garigliano 1943-1944”. Każdy pierścień miał swój numer, stały się one odtąd znakiem rozpoznawczym żołnierzy „starej kompanii” od tych, którzy przyszli do niej w ramach uzupełnień z 2. Korpusu.

 ORDER VIRTUTI MILITARI DLA 1. SAMODZIELNEJ KOMPANII COMMANDO

9 kwietnia 1944 roku podczas Świąt Wielkanocnych miało miejsce spotkanie żołnierzy 1. Samodzielnej Kompanii Commando z Naczelnym Wodzem gen. Kazimierzem Sosnkowskim oraz dowódcą Polskiego 2. Korpusu gen. Władysławem Andersem. Żołnierze otrzymali Srebrny Krzyż Orderu Virtuti Militari oraz odznaczenia Krzyżem Walecznych.

Podczas tej uroczystości gen. Sosnkowski wypowiedział słowa: Żołnierze! Kompania Commando jest pierwszą polską bojową jednostką, która w marszu powrotnym do Ojczyzny przelała krew swoją na ziemi włoskiej. Kompania komandosów polskich w walkach od Pescopennataro i od rzeki Garigliano dokonała niepospolitych czynów bojowych, które wzbudziły podziw i szacunek wśród wojsk sprzymierzonych.(…). Stwierdzam, iż Kompania Komandosów polskich dobrze zasłużyła się Ojczyźnie. Ostatnie zdanie zostało umieszczone w 1973 roku jako motto na drzewcu sztandaru komandosów.

COLLE SAN ANGELO – WZGÓRZE ANIOŁA ŚMIERCI

Od 11 maja 1944 roku Korpus Polski walczył o Monte Cassino, równocześnie załamuje się pierwsze natarcie na wzgórze 593 oraz Colle S. Angelo – Wzgórze Świętego Anioła, nazywane później Wzgórzem Anioła Śmierci. Stanowiły one jedną z kluczowych pozycji niemieckiej obrony. Trudne usytuowanie Colle San Angelo, wśród gór, stanowiące istną fortecę dawało Niemcom dużą przewagę. Ponadto, aby do niego dotrzeć należało przejść przez wzgórze „Widmo” zabudowane licznymi niemieckimi bunkrami rozrzuconymi w trójkąt, często wykutymi w skałach. W połowie maja walki o San Angelo osiągają apogeum.

16 maja 1944 roku zostaje sformowane „Zgrupowanie Commando”, złożone z 1. Samodzielnej Kompanii Commando oraz 15. Pułku Ułanów Poznańskich, które zajmuje pozycję w wąwozie Inferno. 17 maja zgrupowanie przeprowadza natarcie na wzgórze Castellone, ponosząc ciężkie straty, jednakże tego samego dnia przez „Widmo” naciera na Colle S. Angelo. Po zaciętych walkach 19 maja 1944 roku wzgórze zostaje zdobyte, dwie wypuszczone białe rakiety układają się na niebie w znak „V” – zwycięstwo. Kompania komandosów, jak i inne polskie wojska, odniosła w czasie tych walk znaczne straty.

Wiele schronów i namiotów – jak pisał M. Zajączkowski – świeciło tego dnia pustkami. W innych, tam gdzie poprzednio gniotło się kilku, częstokroć znajdował się tylko jeden. W obozowisku, w którym tak niedawno rozbrzmiewały wesołe głosy, teraz zalegała cisza. Zmordowani nieludzko, owinięci w koce komandosi, nie słyszeli nawet, jak zaczęły padać krople deszczu, który wreszcie spadł na spieczoną i zroszoną potem i krwią ziemię”.

Na zdjęciu podporucznik Adam Bachleda, żołnierz 1. Samodzielnej Kompanii Commando – zakopiańczyk o góralskim rodowym przydomku „Curuś”. Kiedy wybuchła wojna, miał 19 lat. Gdy w Zakopanem zaczyna go szukać gestapo, przedziera się przez Tatry do Węgier, stamtąd dociera do polskiej armii stacjonującej we Francji. W Wielkiej Brytanii wstępuje do 1. Samodzielnej Kompanii Commando. Wśród żołnierzy był jednym z najlepszych narciarzy. Jego umiejętności przydadzą się podczas pobytu w Pescopennataro, gdy intensywny śnieg odcina komandosów od pozostałych wojsk, a żywność ulega wyczerpaniu. Przez kilka godzin przebija się na nartach do miasta Capracotta zawożąc meldunek z prośbą o zrzut żywności z powietrza, który kilka dni później następuje. W kwietniu 1944 roku otrzymuje z rąk gen. Kazimierza Sosnkowskiego Krzyż Walecznych. Miesiąc później, 18 maja 1944r podczas bitwy pod Monte Cassino, zostaje ciężko raniony odłamkiem granatu, umiera w szpitalu. Pochowany na cmentarzu polskim Casamassima. Jest to jedno z jego ostatnich zdjęć - na motorze z psem Myszką, obozową „maskotką”.

Na zdjęciu podporucznik Adam Bachleda, żołnierz 1. Samodzielnej Kompanii Commando – zakopiańczyk o góralskim rodowym przydomku „Curuś”. Kiedy wybuchła wojna, miał 19 lat. Gdy w Zakopanem zaczyna go szukać gestapo, przedziera się przez Tatry do Węgier, stamtąd dociera do polskiej armii stacjonującej we Francji. W Wielkiej Brytanii wstępuje do 1. Samodzielnej Kompanii Commando. Wśród żołnierzy był jednym z najlepszych narciarzy. Jego umiejętności przydadzą się podczas pobytu w Pescopennataro, gdy intensywny śnieg odcina komandosów od pozostałych wojsk, a żywność ulega wyczerpaniu. Przez kilka godzin przebija się na nartach do miasta Capracotta zawożąc meldunek z prośbą o zrzut żywności z powietrza, który kilka dni później następuje.
W kwietniu 1944 roku otrzymuje z rąk gen. Kazimierza Sosnkowskiego Krzyż Walecznych. Miesiąc później, 18 maja 1944 roku podczas bitwy pod Monte Cassino, zostaje ciężko raniony odłamkiem granatu, umiera w szpitalu. Pochowany na cmentarzu polskim Casamassima.
Jest to jedno z jego ostatnich zdjęć – na motorze z psem Myszką, obozową „maskotką”.

BITWA POD CASE NUOVE

16 lipca 1944 roku 1. Samodzielna Kompania Commando dostaje rozkaz opanowania miasta Case Nuove, mając stanowić wsparcie dla 1. Pułku Ułanów Krechowieckich. Natarcie rozpoczyna się 17 lipca o godz. 7:20. Zadanie trudne, ze względu na ukrycie przez Niemców wśród pól kukurydzy otaczających miasto – broni maszynowej i przeciwpancernej, której szczegółowe rozmieszczenie nie było znane. Dodatkowo siły nieprzyjaciela zostały osadzone w niedalekiej cegielni, przekształcając ją w rodzaj niewielkiego fortu. Podczas akcji komandosi dostali się pod zmasowany ostrzał artylerii oraz moździerzy, walcząc w bardzo trudnych warunkach. Po wielu godzinach Case Nuove zostaje zdobyte, zaś wielu żołnierzy zostaje rannych.

Casa Nuove było trudnym zadaniem bojowym, równocześnie zaś przykładem efektywnego współdziałania polskich żołnierzy. Gen. Władysław Anders podsumowując akcję, zwrócił się do komandosów: Widziałem Was wczoraj w gronie żołnierzy Pułku Ułanów Krechowieckich i widziałem, jaką sympatią i uznaniem cieszyliście się. Bo dobry żołnierz zawsze pozna dobrego żołnierza i nawiąże z nim nić przyjaźni.

Nazwa miasta została umieszczona na sztandarze komandosów, obok innych pól bitewnych polskiej kompanii.

Po zaciętych walkach na froncie włoskim, a zwłaszcza po bitwie o Ankonę, 1. Samodzielna Kompania Commando była bardzo osłabiona, jej straty w okresie 1943-1944 r. wyniosły 79% stanu osobowego. W lipcu 1944 r Naczelny Wódz gen. K. Sosnkowski dokonując przeglądu kompanii stwierdził: straty Wasze w zabitych i rannych wyniosły ponad trzy czwarte stanu oddziału. Nie załamać się, nie stracić ducha, zachować ciągłą chęć walki przy takich dużych stratach może tylko żołnierz najwyższej klasy.

31 lipca 1944 roku gen. Sosnkowski dekoruje dowódcę mjr. Władysława Smrokowskiego Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari kl. IV oraz nadaje pięć pośmiertnych odznaczeń dla poległych żołnierzy tej kompanii.  Łącznie za okres walk we Włoszech, żołnierze 1. SKC otrzymali 194 odznaczeń, w tym 20 Złotych i Srebrnych Krzyży Virtuti Militari, ponadto Krzyże Walecznych, Miliary Cross, Military Medal, Krzyże Zasługi z mieczami oraz Krzyże Pamiątkowe Monte Cassino.

PPŁK WŁADYSŁAW SMROKOWSKI – DOWÓDCA 1. SAMODZIELNEJ KOMPANII COMMANDO

Ppłk Władysław Smrokowski, dowódca pierwszego polskiego oddziału wojsk specjalnych, urodził się 25 października 1909 roku w Krakowie. W wieku 20 lat wstąpił do szkoły Podchorążych Piechoty w Ostowie-Komorowie, którą ukończył w stopniu podporucznika. W 1939 roku wyrusza na front, , po klęsce wrześniowej przedostaje się na Węgry, później do Francji, gdzie zostaje ranny. W połowie 1942 roku przybywa do Szkocji, a w sierpniu zostaje dowódcą 1. Samodzielnej Kompanii Commando. Rok później prowadzi polski patrol we Włoszech, jako pierwszy żołnierz aliancki przekracza zaminowaną rzekę Sangro. Na czas bitwy o Monte Cassino zostaje dowódcą „Zgrupowania Commando”. Udekorowany szeregiem wysokich odznaczeń: Złotym i Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych, brytyjskim Military Cross i francuskim Croix de Guerre.

Charyzmatyczny człowiek, a zarazem dowódca stosujący zasadę „za mną”, zamiast „naprzód”. Wśród żołnierzy kompanii cieszył się wielkim szacunkiem i sympatią, nazywali go „Wodzem” lub „Starym”. Ppłk W. Smrokowski zmarł 2 stycznia 1965 roku w Stanach Zjednoczonych. Pochowany na cmentarzu Maryhill w mieście Niles (Illinois). Pośmiertnie awansowany do stopnia podpułkownika. Jego symboliczny grób znajduje się na cmentarzu Podgórskim w Krakowie, grobem w Niles opiekują się m.in. zaprzyjaźnieni z JWK – żołnierze Zielonych Beretów US.

Artykuł powstał w oparciu o projekt Jednostki Wojskowej Komandosów z Lublińca „Zjednoczeni Zwyciężymy”. Dziękujemy za udostępnienie tekstów oraz zdjęć!

>>> Projekt „Zjednoczeni Zwyciężymy” <<<

 

Komentarze

Najpopularniejsze posty