Produkcja bimbru/ autor: nieznany, lic.: CC BY-SA 3.0

Aspołeczne miasta Mazowsza. Akcja władz komunistycznych na Mazowszu w 1947 roku

„Rzeczpospolita” – czołowy dziennik prasy socjalistycznej w następujący sposób zaszeregował miasta podwarszawskie : Jabłonna – produkcja bimbru, Karczew – nielegalny ubój. Z tymi określeniami wiąże się akcja władz komunistycznych przeprowadzona na Mazowszu w 1947 roku. 

Akcja w Karczewie

Jest zima, kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, jeszcze przed świtem. Termin wybrany celowo, dla Komisji Specjalnej zapowiadają się bogate żniwa, albo raczej obfite łowy. W działaniach bierze udział około 600 osób, w tym wszelkie okoliczne komendy MO, bardziej lub mniej główne. Milicjantów militarnie wspierają funkcjonariusze Korpusu Bezpieczeństwa, a od strony urzędowej pracownicy Ochrony Skarbowej. Obstawione są wszystkie drogi, ścieżki, uliczki – wszystko w ciszy takiej, że nawet psy nie słyszą i nie szczekają. Nagle rozbłyska czerwona rakieta – sygnał do rozpoczęcia ofensywy. Na pierwszy ogień idzie zagroda Wojciechowskich, gospodarujących na 10 morgach gruntów ornych. Rewizja w domu nie przynosi rezultatów, nie ma mięsa, tylko ślady na stole masarskim. Na strychu nie ma, w piwnicy nie ma, w końcu bystry funkcjonariusz tropiąc ślady na śniegu trafia do stodoły. Tu już satysfakcja gwarantowana, pod słomą schowane są wieprzki, już zaszlachtowane, w ilości 5 sztuk. Winowajca wykrętnie tłumaczy się ubojem z konieczności i  planowanym dostarczeniem do rzeźni, ale na nic obrona, zostaje przekazany do dyspozycji „wysokiej komisji”, która wyznaczy zapewne wysoką karę, co najmniej obóz pracy.

Zatrzymane zostają kolejne osoby wybierający się do stolicy w celach handlowych. Jedni ukrywają kiełbasę krakowską, inni w koszykach mięso. Tym razem sprzedaży nie będzie, spragnieni białka mieszkańcy Warszawy na darmo będą oczekiwać na kolejną dostawę. Niejaka Dąbrowska dźwiga ćwiartkę cielęciny. Tłumaczy, że to dla córki, kozie mięso wiezie. Milicjanci podstępnie tłumaczą, że wyroby z koziego mięsa są trujące i za to grozi wysoka kara. Następuje szybkie przyznanie, że to jednak cielęcina. Jeszcze kilka osób i w godzinę 40 nielegalnych masarzy i handlarzy traci wolność.

Wytrwali milicjanci docierają do warsztatu z prawdziwego zdarzenia. Do pełni profesjonalizmu brak tylko legalności. W trzech pomieszczeniach maszyny do wyrobu wędlin i 180 kg kaszanek i salcesonów. Praca wre i tylko działania służb przeszkadzają w produkcji miejscowych specjałów.

Wnioski z artykułu

Pora na kilka słów na temat komentarza zawartego w artykule w „Rzeczpospolitej”, którego autorem jest Stefan Buczek. Redaktor gazety jest wyrozumiały dla działalności nielegalnych rzeźników i handlarzy w czasie wojny, chwaląc ich za zaopatrywanie Warszawy z narażeniem życia, „pod gradem kul”. Nie daruje sobie jednak pewnej złośliwości, nadmieniając, że dostawy były za pieniądze, tak jakby kogoś wtedy stać było na darmowe zaopatrywanie w żywność. Obecne działanie to jednak bezprawie, nie dające się niczym wytłumaczyć. Autor podaje liczby, według których na 4800 mieszkańców Karczewa ¾  to rzeźnicy. Prowadzą swoje warsztaty zgodnie z tradycją rodzinną. Jednak tylko 33 masarzy posiada zezwolenia. Autor powinien jeszcze zadać pytanie, czy władze były zainteresowane tworzeniem prywatnych warsztatów. Jeżeli tak, to należało w tym pomóc. Jeżeli chodzi o sprawy sanitarne, to trzeba zgodzić się z tym, że produkcja żywności w warunkach konspiracji  zagrażała zdrowiu konsumentów. Okazuje się również, że część wyrobów jest nawet przemycana za granicę – tu jednak można wątpić w wiarygodność słów autora. Podkreśla on również, że robotnik polski, ciężko pracujący przy odbudowie kraju, najwyżej kilka razy w tygodniu może jeść mięso, a w nielegalnych masarniach często produkty nie sprzedane ulegają zepsuciu.

Na zakończenie następne liczby : na 680 domów w Karczewie skontrolowano  400, konfiskacie uległo 20 tys. kg mięsa i tłuszczów na kwotę 5 milionów zł, 21 osób zatrzymano do dyspozycji komisji, czeka ich wysoka grzywna i obóz pracy. Autor kończy stwierdzeniem, że aspołeczni obywatele zostaną odgrodzeni od społeczeństwa, a Karczew powinien się zrehabilitować. Czy tak się stało i czy masarnie w Karczewie stały się legalne trzeba zajrzeć do kolejnych numerów gazety z przed lat.

Walka z bimbrarzami

Dziennik zajmuje się następną plagą społeczną. Okazuje się, że pędzenie bimbru naraża gospodarkę kraju na olbrzymie straty. Przede wszystkim wpływa to na cenę zboża i cukru – tu autor artykułu w „Rzeczpospolitej” nie rozwinął tej myśli – oraz zagraża zdrowiu społeczeństwa. Idąc za rozumowaniem redaktora, bimber szkodzi, wódka kupiona w spółdzielczym sklepie – nie. Oczywiście, chodzi tu o dochód państwa ze sprzedaży i jest to całkiem zrozumiałe. Produkcja spirytusu jest jedną z najbardziej opłacalnych dziedzin przemysłu. W 1946 roku dochód z monopolu spirytusowego to 53 % wpływów do budżetu. Za pędzenie samogonu grożą surowe kary. Można trafić do obozu pracy, nawet na dwa lata, jak niedawno spotkało to dziesięć osób, kilkadziesiąt innych będzie się resocjalizować nieco krócej. Komitet Orzekający Komisji Specjalnej nie próżnuje. W budce pana Teodora Sz. oprócz gazet, papierosów , zapałek i słodyczy znajduje zapas bimbru. Tłumaczenie, że to „na własne potrzeby” nie znajduje zrozumienia. Z kolei właścicielowi piwiarni w Nasielsku bardziej odpowiada mocniejszy trunek, uważa więc, że bimber jest w sam raz. W Warszawie, w mieszkaniu pana Jana Z. komisja spotyka kilka osób, raczących się bimbrem, a zapas wynosi siedem i pół litra. Podobno pochodzi z niedoszłego do skutku wesela córki. Przechowujący bimber idą do obozu pracy na kilka miesięcy a właściciele potajemnych gorzelni – na dwa lata. Dodatkową karą jest ujawnienie nazwisk w prasie codziennej.

Dlaczego bimber i swojskie wyroby?

Nie tylko oszczędność  i możliwość dodatkowego zarobku motywuje do nielegalnej produkcji samogonu. Jest to kwestia tradycji – w czasie uroczystości rodzinnych wypadało mieć wódkę robioną domowym sposobem. Przez lata kształtowała się aparatura, doskonalono przepisy. Nie było łatwo z tego zrezygnować. Podobnie jest z produkcją własnych wyrobów mięsnych. Tradycje są długie. Ponieważ taka działalność, jako nielegalna i tępiona przez władze komunistyczne, nie była oficjalnie rejestrowana, trudno dziś udowodnić regionalnym masarzom swój staż  w tradycyjnej produkcji. Pomocy szukają w Instytucie Pamięci Narodowej, gdzie obiecano przegląd akt Urzędów Bezpieczeństwa. Mogły zachować się materiały dotyczące akcji milicyjnych mających na celu wyszukiwanie nielegalnych producentów. Zanim takie dokumenty ujrzą światło dzienne może warto wpierw przejrzeć prasę z lat powojennych. Dzięki ofiarnej pracy archiwistów z bibliotek cyfrowych mamy do niej łatwy dostęp.

 

Bibliografia:

Rzeczpospolita i Dziennik Gospodarczy, nr 349, 1947 r.

Wojciech Kołodziej, Z perspektywy historycznej, artykuł , Świat Problemów, nr 6, 2004 r.

Hubert Czochański, Muzeum Bimbrownictwa w Białymstoku, rozmowa z Napoleonem Gajdzińskim,  zamieszczona na stronie internetowej : Smaki z Polski.

            

Komentarze

Najpopularniejsze posty