Źródło: Wikimedia Commons

„Brak poboru zagraża już bezpieczeństwu kraju?”

Puentą obecnej sytuacji niech będą słowa byłego premiera Donalda Tuska, – „Jakość żołnierzy z poboru powszechnego, to nie jest to, czego polska obronność potrzebuje w pierwszym rzędzie”. Tylko, że Premier słabo znał potrzeby armii i nie zauważył, że w czasie mobilizacji w pierwszym rzędzie będą stać nie tylko zawodowcy, ale głównie rezerwiści. A jak tych braknie, to rzędy te pozostaną po prostu puste. A do tego prowadzi obecna polityka MON.

W ostatnim czasie zaczął się coraz bardziej przebijać do świadomości publicznej temat rezerw i ich wyszkolenia w naszych sił zbrojnych. O tym, że w Polsce jest zawodowa armia jest przekonana zdecydowana większość obywateli i prawie wszyscy politycy. A jak ma się to do rzeczywistości?
Otóż nikt jednak nie zauważył, iż to określenie odnosi się tylko do stanu, kiedy armia jest na stopie pokojowej. W chwili, gdy nastąpi zagrożenie militarne i nasza armia, zgodnie z planem mobilizacyjnym, zacznie uzupełnić swoje stany do stopy wojennej, przekształci się ona automatycznie z armii zawodowej w armię w większości złożoną z … rezerwistów.

Najdobitniej widać to na przykładzie stanu ukompletowania podstawowych związków taktycznych, jakim są brygady w Wojsku Polskim. Po redukcji armii (w latach 2008-2010) prawie połowa z nich, niby zawodowych, jest ukompletowanych w niewielkim stopniu. I w razie mobilizacji jest przeznaczona do obsadzenia w większości przez … rezerwę. Trudno, więc te jednostki nazwać zawodowymi skoro przez niskie stany nie mogą się one ani szkolić ani zgrywać, jako jednostka zawodowa. Sprawę wyjaśnia poniższa tabela dotycząca brygad ogólno wojskowych Wojsk Lądowych1:

LP JEDNOSTKA STAN UKOMPLETOWANIA
1 10 Brygada Kawalerii Pancernej 81%
2 34 brygada Kawalerii Pancernej 26%
3 17 wielkopolska Brygada Zmechanizowana 91%
4 12 Szczecińska Brygada Zmechanizowana 87%
5 2 Brygada zmechanizowana Legionów 29%
6 7 Pomorska Brygada Zmechanizowana 37%
7 1 Warszawska Brygada Pancerna 41%
8 15 Giżycka Brygada Zmechanizowana 85%
9 20 Bartoszycka Brygada Zmechanizowana 23%
10 9 Braniewska Brygada Pancerna 15%
11 21 Brygada Strzelców Podhalańskich 89%
12 6 Brygada Powietrzno-Desantowa 91%
13 25. Brygada Kawalerii Powietrznej 82%

Jest to stan na połowę 2014 roku. Obecnie przewiduje się zwiększenie obsady w niektórych brygadach – min. w 1, 9 i 34 ale nie zmieni to zasadniczo stanu ukompletowania naszej armii. A ten pokazuje, że do sprawnego jej funkcjonowania w czasie działań wojennych, są potrzebne sprawne a przede wszystkim duże rezerwy osobowe.

Dokonując reformy Wojska Polskiego w latach 2008-2010 hasło „armia zawodowa” działało na rządzących jak fetysz, mający potwierdzić kolejny sukces rządu. Uzawodowienie Wojska Polskiego przeprowadzał polityk, który pozostaje symbolem indolencji i braku kompetencji w dziedzinie, którą zarządzał, dlatego problemem rezerw głowy sobie nie zaprzątał. Co ciekawe nawet po korektach planów mobilizacyjnych wykonanych w latach 2009-2013 nadal tej sprawie nie poświęcono wiele uwagi i ograniczono się tylko do dodatkowego przeszkolenia rezerw wyszkolonych jeszcze w czasach poboru. A przecież w wypadku mobilizacji plany przewidują, co najmniej rozwinięcie wojsk operacyjnych do liczby około 270 tysięcy gdzie zaledwie 97 tysięcy stanowić będą wojska zawodowe. Gołym okiem, więc widać, że na czas wojny wojska zawodowe to będzie zaledwie nieco ponad 35% całości zmobilizowanych sił.

W tym miejscu wyjaśnienia wymaga sprawa skąd się wzięła owa liczba 270 tysięcy zmobilizowanych żołnierzy? Otóż wyszło to z moich obliczeń, ale prościej można to wytłumaczyć logiką. Skoro Ukraina po IV fali mobilizacji przewiduje osiągnięcie przez swoją armię stanu 250 tys. żołnierzy, to ja nie wyobrażam sobie, aby nasze plany mobilizacyjne przewidywały liczbę mniejszą, tym bardziej, że potencjały obu krajów są podobne. A jeśli tak jest to grozi to poważnym kryzysem politycznym, a tego się po wice premierze Tomaszu Siemoniaku nie spodziewam. Bądź, co bądź to jeden z tych polityków, który nie dał się zaprosić do „Sowy” na „pogawędki”. Stąd nie sądzę, aby ktoś z MON zakwestionował ową liczbę. A jeśli już będzie próbował ją kwestionować, to tylko z ujęciem, że jest ona wyższa niż 270 tysięcy, co jeszcze bardziej będzie potwierdzało moją tezę o armii czasu wojny, jako armii rezerwistów.

>>> Czytaj także: Kwadratura koła – polityka rezerw osobowych MON <<<

Wracając do sił zbrojnych na stopie wojennej to tak jak wspomniałem plany mobilizacyjne przewidują, że zaledwie 35% ich stanów będą stanowić żołnierze zawodowi. Z tego wynika, że pozostałe 65% (minimum około 170 tys.) musi być jakoś i gdzieś wyćwiczone, na możliwie wysokim poziomie. I tutaj politycy PO, przez zniesienie poboru, strzelili sobie gola samobójczego. Po 5 latach po „profesjonalizacji” armii okazało się, że siły zbrojne w nowym kształcie nie są w stanie wygenerować rezerw w takiej ilości, aby zapewnić potrzeby mobilizacyjne. Zaś zawieszenie służby zasadniczej odcięło dopływ wyszkolonych rezerw do zasobów wojska, a obecny ich stan szybko ulega degradacji pokoleniowej, szczególnie w korpusie szeregowych. W ten sposób MON stanął przed kwadraturą, koła którą sam stworzył. Czy przesadzam?

Warto prześledzić parę cyfr oraz spojrzeć na armię w takim wymiarze, w jakim ma ona działać na wypadek wojny. Przed rokiem 2008 nasza armia składała się z dwóch komponentów – zawodowego oraz corocznie powoływanego komponentu służby zasadniczej, pochodzącej z poboru.

W roku 2007 (a więc przed „profesjonalizacją”) Wojsko Polskie liczyło 140 tysięcy żołnierzy w tym 76 tysięcy kadry zawodowej2. Przeprowadzany, co roku pobór w wysokości około 45-81 tysięcy w pełni wystarczał na pokrycie zapotrzebowań mobilizacyjnych3 z pewnym znaczącym zapasem. Pozwalał on na wystawienie w okresie mobilizacji około 650 tysięcznej armii4. Ale trzy lata później nasza armia liczyła już około 97 tysięcy zawodowych żołnierzy oraz zaledwie 10 tysięcy żołnierzy NSR, co nie zmieniło się do dnia dzisiejszego.

Od czasu „sprofesjonalizowania” naszej armii dopływ rezerw drastycznie się zmniejszył, szczególnie w korpusie szeregowych. W zasadzie wojsko pozyskiwało je tylko z dwóch źródeł: odejścia do rezerwy zawodowych żołnierzy oraz przeszkoleń w ramach służby przygotowawczej. Co do tej ostatniej to możemy dokładnie określić liczbę przeszkolonych w tym okresie (2010-2014) żołnierzy, na 20 691, jaką podaje Sztab Generalny Wojska Polskiego. Ale z tej liczby pozyskanych rezerw trzeba wykreślić około 11 000 przeszkolonych, którzy zostali powołani do służby zawodowej. Stąd przez okres 5 lat do zasobów rezerwy pozyskano zaledwie, około 9, 5 tys. żołnierzy. Z drugiego źródła – zwolnień żołnierzy zawodowych do cywila, pozyskano do zasobów mobilizacyjnych, w ciągu tego okresu około 25 000 żołnierzy. Szczegóły z rozbiciem na poszczególne korpusy służby, pokazuje tabela niżej.

ROK RAZEM OFICEROWIE PODOFICEROWIE SZEREGOWCY
2010 5478 1735 2844 899
2011 7400* 2100* 3800* 1500*
2012 5500* 1330* 2541 1625
2013 3184 841 947 1396
2014 3624 631 874 2119
SUMA 25 186 6 637 11 046 7 539

*dane przybliżone

Jak widać na potrzeby przynajmniej 170 tysięcy rezerw osobowych armii na stopie wojennej, do rezerw osobowych w ciągu ostatnich 5 lat przyjęto zaledwie około 35 tys. żołnierzy, w tym zaledwie 17 tys. w korpusie szeregowych i 11 tys. w korpusie podoficerów! Zakładając, że stosunek liczby oficerów do podoficerów i szeregowych w normalnej armii zawodowej wynosi mniej więcej 1: 65, łatwo policzyć, iż przez 5 lat na minimum 130 tysięczne potrzeby mobilizacyjne w korpusie szeregowców i podoficerów, do rezerw osobowych sił zbrojnych, pozyskano zalewie 28 tysięcy żołnierzy tych dwóch korpusów. Średnio rocznie 5, 6 tys. rezerwistów. Przy takim tempie uzupełniania rezerw osobowych, MON uzupełni je po ok. 23-24 latach! I może się okazać, że za 10-20 lat będziemy zmuszeni ściągać rezerwistów z Ukrainy, tak jak już było z lekarzami wojskowymi w Ghazni, gdy zlikwidowano WAM.

Pikanterii całej sprawie dodaje jeszcze parę faktów. Pierwszy to, to, że policzyłem tylko minimalne (!) potrzeby mobilizacyjne, porównywalne do tych, jakie obecnie ma Ukraina! A nasze potrzeby prawdopodobnie są dwa razy wyższe, o czym świadczą niektóre dane. Drugi, jest taki, że ustawowo żołnierz korpusu szeregowych może przebywać w rezerwie maksymalnie do 50 roku życia. A niebawem ostatni żołnierz po zasadniczej służbie wojskowej osiągnie 30 lat! Trzeci – do połowy 2010 roku można było szkolić poborowych czy ochotników w jednostkach wojskowych. Ale po „profesjonalizacji” armii dokonuje się tego wyłącznie w ośmiu nowo powstałych Centrach Szkolenia, a te mogą rocznie przeszkolić maksymalnie tylko 8 tys. ochotników. Taki system powoduje dość mocne ograniczenia w przeszkoleniu ochotników czy ewentualnych poborowych, a jednocześnie sprawił, że jednostki wojskowe odwykły od szkolenia podstawowego.

Jakby nie liczyć i patrzyć to przy obecnym tempie szkolenia żołnierzy 5, 6 tys. rocznie, nie zdążymy z uzupełnieniem nawet minimalnych rezerw mobilizacyjnych przed odejściem w stan spoczynku ostatniego szeregowego żołnierza za 20 lat. Uwidacznia się zapaść w odtwarzaniu rezerw osobowych na potrzeby wojska a zarządzający w MON, gotowej recepty na ten stan rzeczy nie mają. Stąd politycy i wojskowi prześcigają się w pomysłach wymyślania coraz nowych rodzajów ochotniczych przeszkoleń czy próbach powrotu do idei obrony terytorialnej. Warto dodać, że zarządzający MON liczą, że poważnym zastrzykiem dla rezerw osobowych naszej armii będzie odejście w najbliższym czasie rzeszy szeregowych zawodowych. Jak szacuje, BBN w latach 2016-2022 powinno ich odejść do cywila około 34, 6 tysiąca. Dlatego też MON z taką niechęcią by widziało przedłużenie im kontraktów.

W tym i przyszłym roku MON planuje przeszkolić po około 5, 6-6 tys. poborowych w ramach służby przygotowawczej. Ale z tym powiązany jest drugi, nie mniej ważny problem z rezerwami naszych sił zbrojnych. Otóż chodzi o to, że obecna, jakość szkoleń przedstawia wiele do życzenia i taki żołnierz to półprodukt, nie do porównania z żołnierzem wyszkolonym w ramach zasadniczej służbie wojskowej. Głęboko nie wchodząc w szczegóły obecnych szkoleń warto zwrócić uwagę, że szkolenie na potrzeby szeregowych odbywa się do 4 miesięcy, w rzeczywistości czasami jest to praktycznie 3, 5 miesiąca. Trzymiesięczny okres szkolenia podstawowego jest jednakowy we wszystkich ośrodkach a potem na szkolenie specjalistyczne pozostaje tylko niecały miesiąc. Stąd nadawanie specjalności wojskowych (SW) odbywa się sztucznie. MON zakłada, iż resztę umiejętności ochotnicy opanują w ramach corocznych ćwiczeń NSR w jednostkach. Ale spora grupa kandydatów nie podpisuje umów z NSR lub z nich rezygnuje.

Źródło: Wikimedia Commons

Źródło: Wikimedia Commons

Tu mała dygresja – wychodzi na to, że politycy zakładają, iż młody człowiek nie jest w stanie w ciągu 4 miesięcy posiąść wystarczających umiejętności, aby otrzymać prawo jazdy kat D pozwalające na prowadzenie samochodów zwanych powszechnie TIR, a jednocześnie ci sami politycy zakładają, że ten sam młody człowiek jest w stanie w ciągu 4 miesięcy opanować obsługę techniczną czołgu/BWP/KTO/działa, obsługę broni (kilku rodzajów), opanowanie systemów łączności, znajomość sapersko- inżynieryjną pola walki, współdziałanie z różnymi rodzajami broni, zwalczanie różnych zagrożeń czy posiąść wiedzę taktyczną na temat działania na polu walki. A to nie wszystkie umiejętności współczesnego żołnierza. Dochodzi jeszcze ratownictwo, surviwal czy prowadzenie walk w różnym środowisku geograficznym (pola, lasy miasta wioski) i parę jeszcze innych drobnych spraw. Zdaje się, że nauka takie zjawisko nazywa schizofrenią.

Jest jeszcze jeden poważny argument udowadniający, iż obecny system szkolenia ochotników to nic innego jak szykowanie typowego mięsa armatniego. Taki system stosuje się obecnie na Ukrainie w stosunku do żołnierzy Gwardii Narodowej, których większość również przeszła zaledwie 3-4 miesięczne przeszkolenie w podobnym zakresie jak nasza służba przygotowawcza! Dane na temat skutków krótko-miesięcznych szkoleń wojskowych dla rekrutów na Ukrainie są ogólnodostępne w Internecie i co tu dużo mówić przyniosły one tragiczne skutki i krwawe żniwo wśród nich. Hekatomba pod Iłowiańskiem, klęska na lotnisku donieckim, klęska pod, Debalcewem (choć ta ostatnia to w większości wina dowodzenia) – to jej znaki rozpoznawcze. Wszędzie tam, żołnierze ci min. wykazali brak zdolności współdziałania z różnymi rodzajami broni, problemy z łącznością oraz błędy taktyczne. Choć wykazali się odwagą i chartem ducha to zapłacili za to wysoką cenę. Wygląda, że to samo szykuje naszym ochotnikom MON.

Oczywiście pojawią się tu się protesty urzędników MON, że u nas ten proces szkoleń wygląda inaczej niż na Ukrainie. Ale wystarczy wejść na FB nawiązać kontakt z naszym żołnierzem po służbie przygotowawczej i żołnierzem z Ukrainy, aby się przekonać, że są one w 90% zbieżne! Zapewniam, że z tego powstałby ciekawy materiał dziennikarski. Dla mnie jest zagadką, dlaczego MON proponuje i chce się opierać na krótko-okresowych szkoleniach rekrutów? Chce mieć więcej ofiar w razie konfliktu zbrojnego niż jest to na Ukrainie? Widać jeszcze lekcja ukraińska w MON nie działa, skoro wice minister tej instytucji – Maciej Jankowski w zeszłotygodniowym wywiadzie dla Gazety Prawnej twierdził, iż wojna na Ukrainie to nie jest wojna rezerwistów! Pewnie zarażony sukcesem „profesjonalizacji” armii jest przekonany, że nasza armia po mobilizacji nadal będzie zawodowa.

Na razie obecni decydenci MON nie mają pomysłu kompleksowego rozwiązania problemu rezerw osobowych Wojska Polskiego ani sensownego i planowanego systemu szkoleń tychże rezerw. Jest to o tyle groźne i niepokojące, iż sytuacja za naszą wschodnią granicą staje się coraz bardziej napięta a Rosja nie zamierza zmniejszać wydatków na zbrojenia. Wręcz odwrotnie, i w przeciwieństwie do naszych polityków znowu planuje je znacząco zwiększyć. Stąd kwestia mobilizacji i rezerw osobowych wymaga kompleksowego i długofalowego rozwiązania.

>>> Czytaj także: Jak posłowie bawią się w wojskową ciuciubabkę! <<<

W tej sytuacji stoją przed MON trzy wyjścia. Pierwsze to dalsza redukcja armii, tak, aby ilość sprzętu i ilość żołnierzy była dopasowana do wielkości armii zawodowej nawet na stopie wojennej. Wtedy liczba rezerwistów nie powinna przewyższać w razie mobilizacji liczby żołnierzy zawodowych. Ale w obecnej sytuacji politycznej nikt z polityków na to się nie zgodzi, bo to samobójstwo polityczne. Drugie wyjście to zwiększenie armii zawodowej do wielkości 140 tysięcy. Wtedy większość jednostek będzie miała wysokie ukompletowanie kadrą zawodową, nawet w przypadku mobilizacji. Ale to bardzo kosztowne wyjście z sytuacji i może się odbyć kosztem modernizacji technicznej wojska, która i tak jest mocno opóźniona i być może nie dostateczna. Poza tym trzeba było zmienić zasady służby szeregowych zawodowych tak, aby zawodowe siły zbrojne, co roku uwalniały do cywila odpowiednią ich liczbę do pokrycia potrzeb mobilizacyjnych wojska.

Wreszcie, trzecim wyjściem jest powrót do poboru. Przeanalizujmy ten wariant. Jak wykazałem do obsady etatów Wojska Polskiego na stopie wojennej potrzeba jest minimum 160 tysięcy rezerwistów w tym 130 tysięcy w korpusie szeregowców i podoficerów. Aby zapewnić regularny dopływ rezerw do obsadzenia tych stanowisk, potrzeba jest corocznego przeszkolenia przynajmniej 15 tysięcy żołnierzy. Spowoduje to, że co 10 lat oba te korpusy będą w 100% odmładzane, zaś pozostali rezerwiści mogliby stanowić bądź uzupełnienie tych stanów w razie strat w czasie wojny, bądź też stanowić bazę do tworzenia pododdziałów Obrony Terytorialnej. Ale jak wskazałem istnieją też przesłanki, że być może te potrzeby są dwa razy wyższe. Stąd do dalszych rozważań przyjmę skrajną liczbę 30 tysięcy rezerwistów rocznie, jaka potrzebna jest dla odnawiania naszych rezerw osobowych.

Czas trwania szkolenia żołnierzy służby zasadniczej powinien trwać, co najmniej rok. Oczywiście można wprowadzić warianty 6 miesięczne, np. dla rezerwistów – specjalistów (lekarzy, informatyków, itp.), 9-cio miesięczne np. dla żołnierzy Obrony Terytorialnej (nie potrzebują oni uczyć się np. współdziałania z innymi środkami ogniowymi czy też obsługi czołgów, dział, itp.) i wreszcie podstawowe jednoroczne. Jak pokazuje praktyka poligonowa a także opinie wielu generałów i oficerów tylko roczne przeszkolenie gwarantuje bezkonfliktowe i spójne współdziałanie rezerwy i wojsk zawodowych na polu walki. Po prostu po tym okresie służby, rezerwiści posiadają już taki zasób wiedzy i umiejętności, że najlepsi z nich mogą się już pokusić o rywalizację w ćwiczeniach z armią zawodową. Sam byłem świadkiem takiej rywalizacji na pasie taktycznym, gdzie rezerwiści mieli lepsze wyniki od niektórych załóg „zawodowych”. Z resztą w tym zakresie akurat warto rozwinąć pozytywną rywalizację, która niewątpliwie podniesie, jakość wyszkolenia i wojsk zawodowych i rezerwy.

Jeśli chodzi o koszty powołania takiej liczby poborowych do służby zasadniczej to warto przypomnieć, że obecnie Wojsko Polskie wydaje rocznie około 350 mln zł. Na sprzątanie i obsługę obiektów, 275 mln zł. Na ich ochronę i 95 mln zł. Na remonty infrastruktury – razem ok. 720 mln zł.6 Podczas gdy w okresie trwania służby poborowej dane te wynosiły odpowiednio – 80 mln zł., 0 zł., 65 Mln zł – razem 145 mln zł. rocznie. Ową różnicę, 575 mln zł. można by spokojnie przeznaczyć na koszty szkolenia rezerwy. Jeśli do tego doda się 800 mln zł. o które ma być zwiększony przyszłoroczny budżet MON to w sumie uzyska się sumę około 1, 4 mld zł. Wg danych MON przeszkolenie 6 tys. żołnierzy służby przygotowawczej w tym roku kosztować będzie około 60 mln zł.7 Jeśli założymy, że zamiast 4 miesięcznego kursu odbędą oni w całości jedno roczne przeszkolenie żołnierza służby zasadniczej, to koszt ich szkolenia wzrośnie trzykrotnie do sumy 180 mln zł. Z tego 50% wynosić będzie zakwaterowanie i wyżywienie a 30% wynagrodzenia. Przy założeniu, że potrzeba nam rocznie wyszkolić maksymalnie 30 tysięcy rezerwistów to suma ta wzrośnie do 900 mln zł.

Chcąc mieć przewagę nad potencjalnym przeciwnikiem także, w jakości szkolonych rezerw, konieczne jest opracowanie całkowicie nowego planu szkoleń żołnierzy poborowych. Przewiduję, że w tym wypadku konieczne będzie zwiększenie wydatków na szkolenia i to przynajmniej trzykrotne. Zwiększy to wydatki na przeszkolenie żołnierzy służby zasadniczej do kwoty ok. 1, 26 mld zł. Pozostałą sumę 1, 4 mld zł., można przeznaczyć na modernizację lub coroczny zakup sprzętu i wyposażenia niezbędnego do szkolenia rezerwy w takim zakresie jak wspomniałem. Jak widać, przywrócenie poboru nie odbije się ani na szkoleniu, ani na modernizacji wojsk zawodowych. Zwiększy zaś zasadniczo ich zdolności bojowe Wojska Polskiego w przypadku mobilizacji i wybuchu konfliktu zbrojnego na naszym terytorium.

Ostatnią niewiadomą przy przywracaniu poboru byłby stopień akceptacji społecznej dla tego typu działania. Badania TVP Info z września zeszłego roku wskazują, że 34% społeczeństwa oczekuje przywrócenia poboru, zaś ponad 24% uważa, nie bezpodstawnie jak pokazałem, że jego brak zagraża bezpieczeństwu kraju! Jak widać są podstawy do tego, aby uzyskać akceptację społeczną dla poboru. Nie stoi też nic na przeszkodzie, aby taki pobór ogłosić poborem ochotniczym a dla takiego rozwiązania poparcie społeczne będzie jeszcze większe. Jak wynika z zebranych przez Fundację „Promilitaria XXI” danych statystycznych z 10 wojewódzkich sztabów wojskowych w 2014 r., do służby przygotowawczej złożyło wnioski i dokumenty 12 745 osób. Do służby zaś przyjęto nieco ponad 30% składających wnioski. Wynika z tego, iż rocznie kilkanaście tysięcy ochotników do służby wojskowej jest po prostu odrzucanych przez MON! Widać, więc że chętnych ochotników do zasadniczej służby wojskowej nie braknie. Poza tym efekt zgłaszania się ochotników można wzmóc.

>>> Czytaj także: Oddolna reaktywacja Obrony Terytorialnej <<<

Do niedawna zasadnicza służba zawodowa była bazą rekrutacyjną nie tylko dla wojska, ale też dla pozostałych służb mundurowych takich jak Straż Graniczna, Policja czy nawet BOR. Obecnie służby te posiadają własne organy odpowiadające za rekrutację. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby powrócić do poprzedniego systemu. Mało tego, można w system szkolenia zasadniczej służby wojskowej wprowadzić możliwość zdobycia dodatkowych kwalifikacji, przydatnych zarówno w wojsku jak i na rynku cywilnym, takich jak ratownik medyczny, rusznikarz, kierowca kat. C, spawacz czy nawet nurek. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby do tego typu szkoleń zaprząc firmy, które z wojskiem kooperują lub wprost z wojska żyją. Chodzi o to, aby zasadnicza służba wojskowa nie była dla młodych ludzi straconym czasem, ale przede wszystkim startem do kariery. Zapewniam, że wtedy chętnych do odbycia ochotniczej zasadniczej służby zawodowej nie zabraknie.

Jeśli, nie pieniądze i brak ochotników, to, co stoi za tym, że obecnie brak rezerw w wojsku nie można uzupełnić poborem? Jak to określił w radiowej jedynce szef MON Tomasz Siemoniak– „pobór jest archaiczny i nie ma, co straszyć młodych Polaków powrotem do niego.” Tylko, że szef MON zapomniał dodać, że nic innego sensownego nie wymyślił, co by zapewniało Wojsku Polskiemu płynny napływ wyszkolonych rezerw i że młodzi Polacy służby wojskowej się nie boją, na co wskakują statystyki WKU. Z tej wypowiedzi wynika, że staliśmy się zakładnikiem „sukcesu” uzawodowienia armii przez jedną z sił politycznych – Platformę Obywatelską. Stąd pokłosie tego uzawodowienia zagraża sprawnej mobilizacji naszych sił zbrojnych i bezpieczeństwu kraju. Bo cały model wojska, choć zawodowego, nadal opiera się na mobilizacji. Taka sytuacja budzi uzasadnioną obawę, że będzie jak na Ukrainie – tam tak samo skadrowano teoretycznie uzawodowione jednostki (u nas na szczęście zaledwie ich połowę), a gdy przyszło do szybkiego działania, to z każdej brygady udawało się sklecić jedynie batalionową grupę bojową.

Puentą całej tej sytuacji niech będą słowa byłego premiera Donalda Tuska, – „Jakość żołnierzy z poboru powszechnego, to nie jest to, czego polska obronność potrzebuje w pierwszym rzędzie”. Widać Premier słabo znał potrzeby armii i nie zauważył, że w czasie mobilizacji w pierwszym rzędzie będą stać nie tylko zawodowcy, ale głównie rezerwiści. A jak tych braknie, to rzędy te pozostaną po prostu puste. I do tego prowadzi obecna polityka MON.

 Właśnie premier Kopacz podpisała rozporządzenie de facto przywracające pobór do wojska oto jego treść:
„Wprowadza się obowiązkowe ćwiczenia wojskowe dla żołnierzy rezerwy i osób przeniesionych do rezerwy niebędących żołnierzami rezerwy w związku z wystąpieniem potrzeb Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w zakresie przeszkolenia żołnierzy rezerwy posiadających nadane przydziały mobilizacyjne oraz dla żołnierzy rezerwy i osób przeniesionych do rezerwy niebędących żołnierzami rezerwy, którym planuje się nadać takie przydziały.”

Komentarze

Oficer rezerwy rozpoznania, ukończył historię na Uniwersytecie Szczecińskim i studia podyplomowe na SGGW. Manager zarządzający i doradca w firmach konsultingowych

Najpopularniejsze posty