źródło: wikimedia.org
źródło: wikimedia.org

Chleb czy Igrzyska?

Sukces polskich sportowców podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi rozbudził nadzieje i apetyty kibiców. Na fali powszechnego entuzjazmu postanowili posurfować również niektórzy politycy. Ze strony tzw. „elit” coraz częściej da się usłyszeć, że Igrzyska Olimpijskie to bardzo interesujące wydarzenie, a skoro nasi sportowcy wypadli tak dobrze zagranicą to dlaczego nie ułatwić im zadania i nie zorganizować takiego eventu u nas? Gdzie miałby się odbyć? W Krakowie! Kiedy? W 2022 roku! Kto jest za? Wszyscy! No właśnie… nie do końca. Do rzeczy.

Kandydatura Krakowa, jako miasta-organizatora Zimowych Igrzysk Olimpijskich, oficjalnie zgłoszona została 7 listopada zeszłego roku, ale o tym, że to nastąpi, mówiono już znacznie wcześniej. Organizacja EURO 2012 była niewątpliwie jedną z głównych przyczyn wystosowania takiej propozycji. Skoro poradziliśmy sobie z największą piłkarską imprezą na starym kontynencie, potrafiliśmy ujarzmić nieposkromione hordy kibiców – to  ugoszczenie w naszych progach fanów sportów zimowych nie powinno sprawić większego problemu. Politycy pieją z zachwytu, a ekonomiści i obywatele – szczególnie mieszkańcy Krakowa – pozostają sceptyczni. Dlaczego?


Spot reklamowy Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Krakowie / Źródło: Youtube

Ostatnio, przeglądając Internet, trafiłem na wywiad z senatorem PO i dziennikarzem sportowym – Andrzejem Personem. Pan Andrzej, którego postrzegałem dotąd za rozsądnego człowieka, strasznie zachwalał ideę ZIO na polskiej ziemi, a na pytanie „po co nam Igrzyska Olimpijskie?”, odpowiedział: „Po to, żebyśmy pokazali światu tak, jak na EURO, że jest taki kraj, że warto tutaj przyjechać”. W dalszej części wypowiedzi senator PO sugeruje, że organizacja ZIO poprawi infrastrukturę (jako przykład podaje „Zakopiankę”) i zaktywizuje młodzież, która w dzisiejszych czasach, stroni od uprawiania sportu. Brzmi pięknie, ale i niestety, mocno patetycznie. Organizacja ZIO to koszt kilku miliardów dolarów. Rosjanie wprawdzie rozbili bank i podobno przekroczyli już sumę 50 miliardów (!), ale w tym przypadku mówimy jednak o kraju, w którym na ogromną skalę szerzy się korupcja, a Igrzyska dodatkowo mają być elementem propagandowym, w związku z czym Władimir Putin postanowił na tym przedsięwzięciu nie oszczędzać. Pomijając Soczi i mocarstwowe plany Putina, za przykład miasta przeżywającego „poolimpijskiego kaca” służyć może Vancouver – czyli organizator ostatnich ZIO. Fundusze przeznaczone na ten cel przez Kanadyjczyków trzykrotnie przerosły kwoty, które zakładano we wstępnych prognozach. Całkowity koszt, wydany na organizację Olimpiady wyniósł ponad 6 miliardów dolarów. Po sportowych emocjach, wypiekach na policzkach i zdartych gardłach, pozostał niesmak. I długi. Areny sportowe stoją puste – stały się nierentowne. Zanotowano wzrost ubóstwa, włącznie z przyrostem liczby osób bezdomnych. W tym miejscu warto przypomnieć, że nie mówimy o kraju z tzw. „trzeciego świata”, ale o państwie, które często podawane jest jako przykład gospodarności i stabilności.


Wspomniany wywiad z Andrzejem Personem / Źródło: Youtube

Mieszkańcy Krakowa chcący uniknąć podobnego scenariusza postanowili działać. Jakiś czas temu powstała strona internetowa oraz facebookowy fanpage „Kraków Przeciw Igrzyskom”. Za jego pomocą lokalna społeczność postanowiła wyrazić swój przeciw dla zabiegów władz miasta starających się o przyznanie im prawa do organizacji tej imprezy. W rozmowie z lokalną stacją radiową, Michał Wszołek – członek inicjatywy „Kraków Przeciw Igrzyskom” – zarzucił władzom krajowym i lokalnym niedostateczne poinformowanie obywateli o kosztach, które ponieślibyśmy gdyby do organizacji Igrzysk ostatecznie doszło. Głównym postulatem, za którym opowiada się Wszołek i pozostali członkowie KPI, jest referendum w sprawie przeprowadzenia Igrzysk Olimpijskich. Brzmi rozsądnie. Skoro ma dojść do wydarzenia na taką skalę, które na długo przed, w trakcie i zapewne po całej imprezie, zdezorganizuje życie miasta, logicznym wydaje się być fakt, że należałoby zapytać mieszkańców o zdanie. Inny pogląd reprezentują władze miasta. Tomasz Urynowicz, radny i jednocześnie członek komitetu konkursowego Kraków 2022, w rozmowie z Onet.pl, zapewnia, że pełna dokumentacja zostanie upubliczniona po 14 marca – czyli po terminie w którym Kraków powinien złożyć do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego wniosek aplikacyjny wraz z rządowymi gwarancjami. Z kolei w temacie referendum Urynowicz ma za złe zwolennikom tego projektu, że działania które prowadzą w rzeczywistości nie są ściśle powiązane z problemem Igrzysk. Dodatkowo znakomita część osób biorących udział w inicjatywie KPI podobno już wielokrotnie dała się poznać jako „zawodowcy w organizowaniu protestów” i tak samo – jego zdaniem – jest i tym razem. Temat referendum, pomimo aktywnie prowadzonej kampanii przez jego zwolenników, wydaje się być jednak ostatecznie zamknięty. Radni miejscy, w uchwale wniesionej pod koniec stycznia zdecydowali, że lepszym sposobem wyrażenia woli społeczeństwa będą konsultacje przeprowadzane z mieszkańcami miasta. Poprawka dotycząca referendum została odrzucona i nic nie wskazuje na to, żeby doszło do jakichkolwiek zmian.

źródło: wikimedia.org

źródło: wikimedia.org

Konkurencyjne miasta, ścigające się z Krakowem o prestiż (wszechobecne i najbardziej wkurzające słowo płynące z ust polityków wypowiadających się w kontekście ZIO) organizacji Igrzysk – delikatnie rzecz ujmując – potentatami nie są. Na chwilę obecną do walki stanie 5 miast. Będą to: Ałmaty (Kazachstan), Kraków (Polska), Lwów (Ukraina), Oslo (Norwegia) oraz Pekin (Chiny). Początkowo grupę tą zasilać miały jeszcze, m.in. Monachium, Barcelona i Sztokholm, ale po kalkulacjach przeprowadzonych przez tamtejsze władze uznano, że nie jest to gra warta świeczki. Pomijając Hiszpanię, przechodzącą w ostatnim czasie burzliwy okres, Niemcy i Szwecja jawią nam się jako gwarant stabilizacji i płynności finansowej, a jednak ostatecznie nie zdecydowali się na uczestnictwo w tej rywalizacji. Dodatkowo Szwedzi posiadają większość niezbędnej infrastruktury będącej wymogiem przeprowadzenia Olimpiady, a mimo to kandydaturę swojej stolicy wycofali. Cała grupa walcząc o ZIO, z wyjątkiem Oslo, to miasta pochodzące z krajów albo ubogich, albo dopiero rozwijających się. Dla miast tego pokroju organizacja imprezy tej rangi może okazać się wizerunkowym strzałem w dziesiątkę lub kamieniem ściągającym na dno, na długie lata. Nie dziwią mnie tak ochocze próby otumanienia społeczeństwa przez polityków. Dziwi mnie natomiast stosunkowo duże poparcie społeczeństwa dla takich praktyk. Doskonale pamiętamy afery przetargowe związane z EURO 2012: bankrutujący podwykonawcy czy przepłacone stadiony do których dziś wyłącznie się dokłada. A czy w tamtym okresie politycy nie próbowali nam wcisnąć tych samych kitów co teraz? Mówiono, że to dla nas wielka szansa, że nic tak nie poprawi naszego wizerunku jak wielka impreza, że wszystko jest wyliczone, że oni nad wszystkim czuwają, a cały projekt nie wyniesie więcej niż to co sobie założyli, bla bla bla…. Dziś te opowieści można włożyć gdzieś między Andersena, a braci Grimm. Bardzo łatwo wpływać na ludzi oddziaływując na nich emocje. Perspektywa wielkiej imprezy, Igrzysk, pierwszy raz w naszym kraju, no tak – to musi robić wrażenie. Pobudka. Pogrążeni w marzeniach politycy zdają się zapominać o sprawach istotnych. Nie tak dawno w sejmie, odbyła się debata nad stanem polskiej służby zdrowia. Czy była ona wynikiem sukcesów, które notuje ten resort? Nie, była wynikiem sytuacji, w której przeciętny obywatel czeka kilka miesięcy na wizytę u specjalisty. Czy tak wygląda kraj ubiegający się o dużą imprezę? Słupki rosnącego bezrobocia niedługo wybiją sufit. O tym też w perspektywie Igrzysk się nie mówi. A przecież te problemy powinny być główną bolączką ludzi zarządzających tym krajem. Na tym każdy dbający o obywatela rząd powinien się skupiać i na to powinno przeznaczać się jak najwięcej funduszy. Większość miast ubiegających się o prawo do organizacji ZIO, traktuje je jako PR-ową zagrywkę. Dajmy ludziom igrzyska, na chwilę zapomną o rzeczywistych problemach, a my złapiemy troszeczkę oddechu. No i będzie kolejna okazja, żeby trochę polansować się w mediach. Pięknie! Jestem pewien, że gdybyśmy otrzymali ten „zaszczyt”, to pomimo tego, że impreza będzie miała miejsce dopiero w 2022 roku, zostałoby to przedstawione jako sztandarowe osiągnięcie obecnego rządu. Przepraszam z góry za kolokwialne porównanie, ale Polska w tej sytuacji jawi mi się jako osobnik zapraszający gości w swoje skromne progi, mając jednocześnie gigantyczną dziurę w skarpecie, którą za wszelką cenę stara się ukryć. Tą dziurą są służba zdrowia, bezrobocie i wiele innych problemów, które targają nasz kraj, a których każdy z nas może wymienić co najmniej kilka, jak nie kilkanaście.

Władze Sztokholmu, zanim wycofały się z tego „prestiżowego” uczestnictwa, powołały do życia specjalny zespół, którego zadaniem było przeprowadzenie analizy finansowej, mającej ustalić przybliżony koszt organizacji ZIO. Jak podaje portal forsal.pl, tworząc wstępny kosztorys opierano się na kwotach, które na projekty związane z Igrzyskami przeznaczyło Vancouver. Od tego czasu, koszt podobnego rodzaju inwestycji wzrósł przeszło dwukrotnie. Pragmatyczni Szwedzi woleli dmuchać na zimne i wysłali jasny sygnał, „sorry, nie stać nas”. Zachodzę w głowę jak to jest, że tak rozwinięty kraj jak Szwecja wycofuje się z organizacji ZIO, a my z klapkami na oczach dalej prujemy do przodu. Czy my o czymś nie wiemy? Czy w podziemiach sejmu znajduje się jakiś skarbiec, z którego można czerpać fundusze gdy przychodzi nagła potrzeba? Euro 2012 było fajnym przeżyciem, oderwaniem się od smutnych realiów jednak poza nerwami związanymi z grą polskiej drużyny, kosztowało nas o wiele więcej – przede wszystkim finansowo. Jesteśmy krajem, który cały czas jest na dorobku. Krajem, który cały czas puka do bram, za którymi siedzą ci naprawdę możni. Ci sami, którzy dziś z organizacji tych Igrzysk rezygnują. Według danych portalu forsal.pl, na samą obsługę imprezy przeznaczylibyśmy około 5-6 miliardów złotych, przy czym jedną czwartą tej kwoty przekazałby nam MKOL. Sęk w tym, że podana wyżej suma, w żadnym stopniu nie uwzględnia kosztów infrastrukturalnych, a sama budowa toru saneczkowego, według specjalistów, to wydatek rzędu 150 milionów złotych. Do tego, podobnie jak w przypadku Euro, nie można wykluczyć zmian w projektach, wycofywania się z umów podwykonawców, ogłaszania kolejnych przetargów, co generuje przecież kolejne koszty.

Wielka Krokiew w Zakopanem / Źródło: Wikimedia

Wielka Krokiew w Zakopanem / Źródło: Wikimedia

Igrzyska Olimpijskie to zabawa, na której – co pokazuje historia – tracą nawet ci bogaci. Nie przekonują mnie entuzjastyczne okrzyki polityków, którzy kosztem płacących podatki obywateli chcą postawić sobie pomnik. Polska to kraj, który nadal boryka się z problemami wewnętrznymi, od lat próbujący zapewnić sobie finansową stabilność. Uwaga polityków powinna zostać skupiona na rzeczywistych problemach, przez które coraz więcej młodych ludzi wyjeżdża za granicę. Argumenty mówiące, że Igrzyska to znakomita promocja naszego państwa uważam za bezsensowne, gdyż znalazłoby się kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt tańszych rozwiązań. Z kolei głosy próbujące wmówić nam, że tylko popierając kandydaturę Krakowa jako organizatora rozwiążemy nasze problemy infrastrukturalne, świadczą o przyznaniu się do dotychczasowej bezradności w działaniu. Na Boga, żeby wyremontować kilka dróg, nie trzeba od razu organizować Igrzysk Olimpijskich. Obawiam się jednak, że wszystkie głosy rozsądku, dziś klasyfikowane jako brednie oszołomów, zostaną przepędzone jak najdalej od ośrodków decyzyjnych, a nam pozostanie tępe wpatrywanie się w tor saneczkowy wart 150 milionów złotych. Oto Polska właśnie.

Komentarze

Politolog - absolwent studiów magisterskich na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Interesuje się polityką współczesną i okresem II wojny światowej. Ponadto jest pasjonatem piłki nożnej i muzyki rap.

Najpopularniejsze posty