Dni NATO 2014 w Ostrawie

Nie ma to jak miło i w nietuzinkowy sposób spędzony weekend. Powodowany tą myślą obrałem w ostatni piątek kurs na polsko-czeską granicę, a docelowo – na Ostrawę, gdzie na podmiejskim lotnisku po raz kolejny można było podziwiać maszyny naziemne i latające przybyłe na Dni NATO. Cykliczne to wydarzenie odbywa się raz w roku.

Chociaż impreza zaczynała się oficjalnie dopiero w sobotę, to chęć uniknięcia ogromnych korków tworzących się na drogach dojazdowych od wczesnych godzin porannych spowodowała, że wraz ze znajomymi dojechaliśmy na miejsce już w piątek wieczorem. Nocleg w samochodzie, zapowiadające deszcz chmury zmuszają do porzucenia planów o biwakowaniu. Pobudka mimo wszystko przyniosła niemałe zaskoczenie – okazało się, że tuż przy nas powstał narastający w zatrważającym tempie zator drogowy w okolicach samego parkingu, pod jednym z ostrawskich hangarów. Vstup zdarma, więc jedyny koszt to opłata parkingowa – 150 koron lub 25 złotych. Ku odpowiednim miejscom kierują ludzie machający czerwonymi flagami. Od wjazdu do otwarcia bram mija jednak dłuższa chwila, którą spędzamy, jedząc śniadanie, potem kierując się w stronę wejścia na pokazy. Okrążenie progu pasa i dojście na miejsce zajmuje trochę czasu. Wreszcie, po długim czekaniu ogrodzenie zostaje częściowo rozmontowane i można wkraczać na teren wystawy statycznej. Dni NATO 2014 uznaliśmy wówczas za otwarte.

A było co oglądać. Maszyny takie jak V-22 Osprey, KC-135 Stratotanker, F-4 Phantom (oraz wiele, wiele innych), czołgi T-72, Leopard 2, KTO Rosomak, broń ręczna… Jako niepoprawni fani lotnictwa skupiliśmy się przede wszystkim na samolotach i śmigłowcach. Egzemplarze prezentowane na statyce oglądamy z zainteresowaniem, ale szukamy cały czas okazji do się usadowienia się w którymś z nich – na pierwszy ogień idzie litewski Spartan. Niestety, nie ma możliwości bliższego obejrzenia, Rumuni też raczej nie są zainteresowani odwiedzinami. Trudno. KC-135 i Ospreya póki co zostawiamy na później, jako że wszystko wydaje się pozamykane na cztery spusty. Miłą niespodziankę sprawiają nasi południowi sąsiedzi – ledwo podchodzimy do barierki przy Gripenie, a już Czesi proponują nam dokładniejsze obejrzenie ich maszyny. Są cierpliwi – nie tylko pozwalają nam pytać o wszystkie elementy maszyny, co do których nie jesteśmy pewni ich działania, ale także zapraszają do kokpitów. Wzorowi gospodarze. JAS39 okazuje się samolotem interesującym, ale – uczciwie przyznajmy – wiele jego cech wzbudza nasze poważne wątpliwości. Nie wszystko to drobnostki, np. zbyt łatwa możliwość przypadkowego katapultowania z maszyny. Siedząc w środku, nietrudno nam uwierzyć, że jeden z pilotów został wyrzucony z kabiny przez własne spodnie przeciwprzeciążeniowe. Dziękujemy serdecznie za możliwość zapoznania się ze szwedzkim myśliwcem i wędrujemy dalej – do dobrze nam już znanego Mi-24. Po krótkiej rozmowie z załogą i sesji fotograficznej możemy ruszać dalej. Oglądamy zza barierki Sea Kinga, Eurofightery, Black Hawka i Phantomy. Trzeba będzie spróbować później. Tymczasem sprawdzamy KC-135 i Ospreya. Otwarte, aczkolwiek kolejka do Stratotankera przywodzi na myśl ogonki po mięso z czasów poprzedniego ustroju. Trzeba będzie spróbować wieczorem albo jutro rano. Osprey za to okazuje się zaskakująco dostępny – już po upływie ok. pół godziny dostajemy się do środka.

V-22 Osprey

fot. Bartosz Lis

fot. Bartosz Lis

Jako że była to jedna z bardziej egzotycznych atrakcji całego wydarzenia, zatrzymam się przy nim trochę dłużej i omówię bardziej szczegółowo. V-22 nie zaskoczył nas gabarytami, ale trzeba przyznać, że kilka cech okazało się stosunkowo niespodziewanych. Przede wszystkim stopień zastosowania kompozytów węglowych, które pojawiają się prawie wszędzie, oprócz przewodów i wręg. Wpływa to oczywiście na cenę maszyny, która dzięki zastosowanym materiałom (faktura poszycia) budzi jednak bardzo szczególne wrażenie w dotyku. Wątpliwości wzbudza natomiast jakość wykonania kompozytów – stateczniki pionowe noszą ślady niedostatecznego dopracowania powierzchni, co budzi nasze rozbawienie, pomimo gorączkowych zapewnień członka załogi, że „to nie musi być tak naprawdę gładkie”. Wirniki Ospreya nie przypominają w zasadzie śmigłowcowych, a raczej samolotowe śmigła, tyle że gigantyczne – dobrze widać to na zdjęciach. Do śmigłowcowych upodabnia je dodatkowy najprawdopodobniej przegub, umożliwiający odchylanie jej od płaszczyzny śmigła, choć zapewne elastyczny jedynie w niewielkim zakresie. Śmigła napędzane są przez silniki turbinowe umiejscowione w ogromnych gondolach zaopatrzonych w stosunkowo pokaźne dysze (oznaczone rzucającym się w oczy napisem „BEWARE OF BLAST”) chłodzące gazy wylotowe poprzez mieszanie ich z zimnym powietrzem strumienia zaśmigłowego. Do środka Ospreya dostajemy się przez tylną rampę, rozmiar nie pozwala na zmieszczenie w środku jakiegokolwiek konkretnego pojazdu, na pewno nie HUMVEE. Pomiędzy skoczkami spadochronowymi po przeciwnych stronach jest może metr, półtora odstępu. Całe ściany wnętrza wypełniają przewody; nie mieliśmy możliwości dojścia do przeznaczenia ich wszystkich, w każdym razie to, co konieczne dla pracy płata i silników „wychodzi” przez dach w układzie pierścienia – w zasadzie jest to jeden wielki węzeł instalacji rozmaitego przeznaczenia. Kokpit – prosty, zaskakująco prosty jak na tak skomplikowaną maszynę. Oczywiście wszystko w szkle – zwykłych przyrządów nie ma wcale. Przepustnica obsługuje obydwa silniki łącznie – wątpliwe wydaje się też istnienie w pełni ręcznego sterowania kątem ustawienia obydwu silników. Jeśli nawet takowe istnieje, to nie jest raczej opcja podstawowa, a któraś z kolei procedura w razie awarii. Po zakończeniu oględzin V-22 pędzimy na miejsce bardziej stosowne do robienia zdjęć samolotom rozpoczynającym główną część pokazów dynamicznych. Do tej pory można było bowiem oglądać głównie maszyny szkolne. Po stosunkowo brutalnej wędrówce przez strumień ludzi spieszących zazwyczaj w dokładnie przeciwną stronę docieramy na zamierzone miejsce.

Kokpit V-22 Osprey

(fot. Bartosz Lis)Holenderski F-16 nie zawodzi. Wijący się w powietrzu, wchodzący na absurdalnie wyglądające kąty natarcia, pozostawia bardzo pozytywne wrażenie, które w przeciwieństwie do obłoczków tworzonych przez skondensowaną przez Holendra parę wodną, nie znika wraz z zakończeniem figur akrobatycznych. Trzeba ochłonąć. Świetnie w tej roli sprawdza się para policyjnych śmigłowców, które prezentują się bardzo spokojnie. Później trójka wojskowych śmigłowców, choć tu pokaz jest bardziej dynamiczny – 2 x Mi-17 + 1 x Mi-24 to udane zestawienie, jest na co popatrzeć. Spektakl przerywany jest na czas startów i lądowań regularnych samolotów rejsowych korzystających z lotniska, niekiedy w takich momentach trwają prezentacje sprzętu naziemnego, inscenizacje szturmów, a nawet pozorowane salwy artylerii samobieżnej. Nie trzeba wcale stać obok, by poczuć siłę strzałów plutonu „Dan”. Po śmigłowcach powietrze opanował grecki F-16, a po nim duńska maszyna tego samego typu. Zastanawia nas dotychczasowy brak MiG-ów 29, które przecież miały być jednymi z głównych atrakcji. Niedługo jednak słowacki „Fulcrum” wypełnia te lukę w piękny sposób, demonstrując swoją przewagę mocy nad wszystkimi pozostałymi maszynami tegorocznej Ostrawy. Następny jest przelot czeskiej formacji szkolno-bojowej. Teraz pora na szwedzkie trio w pokazach solowych – chronologicznie – pierwszy pojawia się Draken, w wersji dwumiejscowej. Osobliwa sylwetka latawcowa tego myśliwca kreśli na niebie rozmaite figury, by zostać wkrótce zmieniona przez jego młodszego brata – Viggena, ostatniego dwupłatowca myśliwskiego. Ten demonstruje swoją ogromną moc, ale i właściwości STOL, włączając w to cofanie odwróconym ciągiem silnika. Ostatni ze stajni Saaba startuje czeski Gripen, który pomimo najlepszych starań i ciekawego pokazu, demonstruje także wyraźny brak ciągu. Wszak dysponuje on dokładnie połową mocy F-18, którego to jeszcze mieliśmy na niebie ujrzeć. Tymczasem nie możemy pogodzić się z faktem, że nie pokazuje się polski MiG-29. Nastaje dłuższa przerwa w demonstracjach powietrznych. To co następuje po niej to jeden z najbardziej oczekiwanych elementów całych Dni NATO, a zarazem – jak się okazało – jeden z tych pokazów, które zostawiają bardzo mieszane uczucia. Do lotu startuje bowiem V-22 Osprey. Majestatycznie wykonuje dwa okrążenia strefy lotów, po czym ląduje i, po ponownym starcie, odlatuje na dobre… Mocny akcent na zakończenie dnia stawia za to fiński Hornet, który kondensuje w trakcie swojego pokazu niezmierzone ilości pary, nawet na niezbyt imponujących kątach natarcia. Na wyższych ciągnie za sobą prawdziwą chmurę. Nie szczędzi również flar, które gęsto sypią się z odwłoku „Szerszenia”. Długotrwały huk silników odrzutowych pracujących blisko granicy osiągów powoduje lekki ból głowy, ale nie narzekamy. Mamy sporo zdjęć, a i wrażeń równie dużo.

JA37 Viggen

(fot. Bartosz Lis)

(fot. Bartosz Lis)

Po pokazie dopada nas w końcu głód, dlatego udajemy się na „obiad”. Niestety, okazało się, że było już za późno, by wpakować się do kilku innych kokpitów. Późnym popołudniem otwartych było wprawdzie najwięcej samolotów, ale organizatorzy przeszkadzali jak mogli, spiesząc się z zamknięciem terenu pokazów. Tak ominęły nas Black Hawk i Sea King, zaś Phantomy odłożyliśmy na dzień następny. Niemcy okazują się znów konsekwentni w sprawie swoich Eurofighterów i nie zamierzają dopuścić nikogo do ich myśliwców. Na deser odwiedzamy stoisko JWK z Lublińca, przymierzamy się do półcalówki i kilku innych karabinów oraz strzelb. Opuszczamy teren zmęczeni, w sznurze samochodów, pomiędzy dziesiątkami osób kierującymi ruchem. Sobota dobiega końca, zapada wieczór. Poczciwy Opel po raz wtóry służy nam za sypialnię, ignorujemy przejeżdżający wielokrotnie obok nas transporter opancerzony w barwach ONZ. Pora spać.

Następnego dnia rozpoczyna się wyścig z czasem – zdążyć do Stratotankera, zanim ustawi się do niego ponownie anormalnie ogromna kolejka, jak przewidujemy na podstawie obserwacji dokonanych dnia poprzedniego. Czekanie na otwarcie bram kończy szybki marsz w stronę KC-135 zakończony sukcesem. Zastajemy tankowca otwartego i bez kolejki wkraczamy do wnętrza. Kokpit nie zaskakuje, w przeciwieństwie do tyłu samolotu, gdzie za ładownią zastajemy stanowisko operatora ramienia, który – jak odkrywamy ze zdziwieniem – swoje obowiązki wykonuje w zasadzie pod podłogą, leżąc na brzuchu. Badamy różnice w stosunku do zwykłych 707, np. zdwojone APU, o zmienionym umiejscowieniu. Następnie ruszamy do Phantomów. Turcy, zgodnie z wczorajszą obietnicą, pozwalają nam zajrzeć do środka. Niestety, nie możemy usiąść w kokpicie, ale możliwość obejrzenia wszystkiego z najbliższej perspektywy jest dostatecznie satysfakcjonująca. Uwagę budzi gigantyczny hak do lądowania na lotniskowcu, kąt ułożenia dysz i ogromna przestrzeń przeznaczona wewnątrz nosa na zamontowanie aparatury fotograficznej. Analogowa awionika uzupełniona cyfrową tworzy ciekawe połączenie, główne przyrządy pokładowe umiejscowione są zgodnie z popularnym standardem „T”. Widoczność do przodu okazuje się jednak zaskakująco słaba, co jednak dość typowe dla samolotów tej epoki. Po dokładnym obejrzeniu Phantomów, próbujemy szczęścia z Black Hawkiem. Niestety, austriaccy piloci są dość kapryśni. Niemiecki Sea King okazuje się jeszcze bardziej niedostępny. Więcej szczęścia mamy z załogą BO-105 P-1M. Nie tylko możemy obejrzeć go z bliska i zasiąść we wnętrzu, ale także porozmawiać z pilotem na temat możliwości maszyny. Przydaje się znajomość języka niemieckiego. Pomimo 31 lat w służbie egzemplarz nadal nieźle się trzyma.

Praca skrzydła pasmowego demonstrowana przez holenderskiego F-16

(fot. Bartosz Lis)

(fot. Bartosz Lis)

Teraz pora na lądowe małe co nieco – postanawiamy „odkuć się” za Mińsk Mazowiecki i zasiąść w Rosomaku. Poprzednio załoga wymówiła się sprzętem na gwarancji, ale w Ostrawie mali i duzi ustawiają się ochoczo w kolejce do polskiego drapieżnika. Obserwacja terenu dookoła ze stanowiska dowódcy nie przysparza problemów, a pojazd wzbudza zaufanie. Jest stosunkowo przestronnie, przyrządy są jasne i czytelne. W tym samym czasie „Dany” zapewniają kolejny popis ogniowy, który słychać także we wnętrzu Rosomaka.

Z wnętrza KTO kierujemy się do wyjścia, pomimo wczesnej pory nie planujemy dłuższego pobytu. Uznajemy plan na Ostrawę 2014 za zrealizowany. Wyjazd z parkingu kieruje nas na boczne uliczki, z których wydostajemy się dzięki mapom. Ruszamy do miasta, a stamtąd na autostradę, którą wjeżdżamy do Polski. Kurs – Katowice, a stamtąd – każdy w swoją stronę. Po drodze kilkakrotnie pada deszcz, czego na szczęście nie doświadczyliśmy w trakcie pokazów. Trzeba przyznać, że pogoda dopisała.

Mi-24 w służbie gospodarzy imprezy (fot. Bartosz Lis)

(fot. Bartosz Lis)

Autor: Arkadiusz Wójcik

Komentarze

Politolog, historyk wojskowości specjalizujący się w historii armii francuskiej w XX w. oraz współczesnych konfliktach zbrojnych.