Dylematy moralne japońskich pilotów-kamikaze

Począwszy od bitwy o Midway sytuacja militarna Japonii na Pacyfiku stawała się coraz gorsza. Dominacja US Navy, brak możliwości uzupełnień w ludziach jak i sprzęcie oraz kurczenie się zdobyczy terytorialnych, zmusiło Japonię do podjęcia desperackich kroków. Zostały utworzone specjalne jednostki szkolące pilotów-samobójców. Jednakże należy pamiętać, iż piloci kamikaze nie byli bezmyślnymi robotami, często przed dobrowolną drogą na śmierć przeżywali dylematy moralne.

Sklep Urodzeni Patrioci

„Boski Wiatr”

Pierwszą jednostkę Shinpū Tokubetsu Kōgeki Tai, czyli Specjalny Korpus Uderzeniowy Boski Wiatr, obecnie znaną bardziej pod określeniem kamikaze, utworzono w październiku 1944 roku. Jej pomysłodawcą oraz organizatorem był wiceadmirał Takijirō Ōnishi. Według założeń admirała, pierwsze ataki kamikaze miały być desperacką próbą wsparcia japońskiej floty w walce z flotą amerykańską, która właśnie zaatakowała Filipiny. Cel pilotów doskonale wyrażało motto: jedno życie za jeden pancernik. Spodziewano się bowiem, że kosztem jednego samolotu uda się zatopić jeden okręt wojenny aliantów, a więc i parę setek ludzi.

Atak samobójczy na USS St. Lo sfotografowany z pokładu pobliskiego USS Kalinin Bay / Źródło: Wikimedia Commons

Atak samobójczy na USS St. Lo sfotografowany z pokładu pobliskiego USS Kalinin Bay / Źródło: Wikimedia Commons

Pierwszy atak kamikaze miał miejsce 25 października 1944 roku w czasie bitwy o Leyte, kiedy to grupa dziewięciu samolotów Zero zaatakowała amerykańskie lotniskowce eskortowe z grupy „Taffy 3”. W czasie ataku lotniskowiec USS St. Lo został trafiony przez myśliwiec uzbrojony w bombę i zatonął, natomiast trzy inne okręty otrzymały trafienia i zostały uszkodzone. Wśród nich najpoważniej ucierpiał USS Sante. Piloci-kamikaze osiągnęli niemały sukces dzięki temu, że artylerzystom na okrętach niezwykle trudno było trafić pojedynczy samolot, który pędził prosto na nich. Dlatego też piloci-samobójcy zaskarbili sobie szczerą nienawiść tych, którzy stawiali im czoła.

Po pierwszym sukcesie utworzone zostały cztery jednostki kamikaze: Shikishima, Yamato, Asahi i Yamazakura, które były organizacyjnie podporządkowane dowództwu Cesarskiej Marynarki Wojennej, gdyż to właśnie marynarka poleciła je utworzyć. Piloci-samobójcy walczyli do końca wojny. Największa ich liczba wzięła udział w walkach o Okinawę w kwietniu 1945 roku, gdy do akcji bojowych wysłano około 1900 maszyn bojowych. Łącznie wykonano 2314 lotów bojowych na klasycznych samolotach, z tej liczby 1086 zakończyło się powrotem. Największą liczbę lotów wykonano na wodach Okinawy. Wtedy do lotów samobójczych wystartowało 1809 maszyn, 879 z nich powróciło. Straty zadane Amerykanom przez lotnicze formacje samobójcze w latach 1944-1945 to 56 zniszczonych i 273 uszkodzonych jednostek nawodnych, kosztem życia 3913 pilotów lotnictwa japońskiego.

Byłem kamikaze

Japoński pilot kamikaze noszący hachimaki / Źródło: Wikimedia CommonsProf. Paweł Wieczorkiewicz na antenie Polskiego Radia mówił o kamikaze: byli to piloci-samobójcy, którzy usiłowali zniszczyć flotę inwazyjną Stanów Zjednoczonych jak przed setkami lat Japończycy odparli za pomocą boskiego wiatru inwazję koreańską, który zniszczył flotę koreańską atakującą wyspy japońskie. Zapomniał jednak dodać, iż w ich szeregach znajdowało się wielu studentów, intelektualistów i idealistów. Zgłaszali się powodowani patriotyzmem lub pragnieniem oszczędzenia swoim rodzinom okrucieństw inwazji i okupacji. Wśród nich znalazł się również Ryuji Nagatsuka, który przed rozpoczęciem wojny był studentem o przekonaniach pacyfistycznych. Uwielbiał literaturę francuską, a zwłaszcza dzieła Guy de Maupassanta. Zresztą w przyszłości chciał zostać nauczycielem języka francuskiego. Jednak wojna pokrzyżowała mu te plany. Został powołany do wojska i musiał rozstać się z uczelnią. Po ukończeniu podstawowego kursu pilotażu w szkole lotniczej, w wieku 20 lat, przeszedł do jednostki bojowej kamikaze i był gotowy polec za ojczyznę, lecz o dziwo przeżył wojnę.

Ostatni lot w imię Cesarza

Oficerowie japońscy zbierali pilotów mających wyruszyć z samobójczą misją w specjalnej sali. Tam odczytywano im podstawowe założenia kodeksu Bushidō i wiersze haiku, pozostawione przez lotników, którzy już ponieśli śmierć. Miały one służyć podbudowaniu patriotyzmu i przypomnieniu samurajskich wzorów. Ryuji Nagatsuka w swoich wspomnieniach pisze: było dziwnie cicho. Osiemnastu pilotów-samobójców ustawiono w szeregu przed dwoma rozchwianymi stołami nakrytymi białą tkaniną, a na nich dwadzieścia małych czarek i butelka sake. Porucznik pilot Uehera nalewa każdemu trochę sake. […] „A teraz”- mówi nasz dowódca dźwięcznym głosem – „chciałbym tylko powiedzieć, że nie proszę Was o nic więcej, tylko żebyście odważnie ginęli za Ojczyznę. Życzę Wam sukcesu Waszej misji. Zasalutujmy w kierunku Pałacu Cesarza”. Opróżniamy nasze czarki, salutujemy i wykonujemy głęboki ukłon w kierunku południowym. Nie myślę o Cesarzu, nawet przez sekundę. Moje myśli krążą gdzie indziej. Patrzę na polne kwiaty przy moich stopach i mówię do siebie: „one mają prawo żyć dalej, a ja będę martwy za dwie lub trzy godziny! Dlaczego? Moje życie okaże się bardziej ulotne niż życie zwyczajnego źdźbła trawy!”

Po wyjściu na lotnisko żegnali się z przyjaciółmi, dostawali od nich drobne upominki. W końcu wsiadali do samolotów i startowali pośród pieśni patriotycznych, śpiewanych przez obsługę lotniczą. Samoloty były u szczytu sprawności technicznej, ale i nieskazitelnie czyste. Tłumaczono to tym, iż samolot będzie trumną pilota, a wszystkie trumny są czyste. Salutuję moim towarzyszom i odprowadzającym nas lotnikom. Idę do samolotu. Już za chwilę powiezie mnie na śmierć, nieuchronną i z góry przewidzianą. Zaczynam biec. Po jakie licho? Czy spieszy mi się na śmierć? Czuję się lżejszy niż zwykle, i rzeczywiście. Przecież tym razem nie niosę spadochronu. Rozsiadam się w kabinie, potem znowu wyłażę z niej i dotykam ziemi. […] Nigdy więcej nie będę mógł postawić na ziemi moich stóp. Każdy mój gest jest ostatni. Moje siedzenie pokrywają jaśniejące pięknem kwiaty. Może to dzieci szkolne położyły je tam ze łzami w oczach, na pożegnanie. Będę umierał wśród kwiatów mojej młodości. Mój samolot jest także moją trumną. W pełni zdecydowany poświęcić swoje życie dla kraju, zbieram się na odwagę. Kładę ręce na kieszeniach letniego ubrania. Wyczuwam wewnątrz zdjęcie rodziny i książkę George Sand. Żegnaj, żegnaj rodzino! Żegnaj George Sand!

Pożegnanie startujących samolotów z pilotami-kamikadze na pokładzie / Źródło: Wikimedia Commons

Pożegnanie startujących samolotów z pilotami-kamikaze na pokładzie / Źródło: Wikimedia Commons

Grupa samolotów dowodzona przez por. Takagui, w której znalazł się Ryuji Nagatsuka startuje o 6 rano. Następnie formacja wybiera kurs na północny wschód bez zwyczajowego pomachania skrzydłami na pożegnanie, albowiem zabroniono tego robić ze względu na ciężar samolotu, który obciążony był 500 kg bombą zawieszoną pod kadłubem. Ich celem jest Grupa Operacyjna 38.

Nagatsuka pisze dalej, iż w locie: wbrew staraniom cierpię okrutnie, jakby ktoś wbił mi chytrze sztylet po żebra. To nie strach przed śmiercią ani chęć ucieczki, lecz świadomość, że w tej ostatniej chwili nie będzie przy mnie nikogo bliskiego. Z szacunku do siebie samego muszę zachować rozsądek i spokój. Amerykanie atakują nas jak fale nieustannie uderzające o nasze brzegi, a ja pełnię tylko rolę podpory w falochronie, który je odrzuci.

Ryuji Nagatsuka przygotowywał się do tej misji z przekonaniem i nie bez pasji, wierząc, że w decydującym okresie wojny tylko kamikaze szaleńczymi atakami zdołają odsunąć bliski już dzień inwazji wojsk amerykańskich. Jak inni piloci-samobójcy był gotów zginąć, lecz łaskawy los, tym razem złe warunki pogodowe, wskazał mu drogę odwrotu i miejsce wśród żywych: nagle porucznik Takagui wskazuje ręką do tyłu. Oglądam się, ale widzę tylko gęste chmury. Bez radia nie rozumiem sygnału naszego prowadzącego. Takagui kładzie się w skręt w lewo. Cóż to, czy on będzie wracać? „O nie! Nie możesz wracać!” – wykrzykuję z oburzeniem w pustkę. Wiem zła widoczność i wróg może być jeszcze o 200 km od nas, ale… czy mamy tchórzyć? Inny głos wewnętrzny mówi: „On ma rację. Nasza misja jest w tych warunkach niewykonalna. Lepiej wrócić i zaczekać na lepszą szansę.”

Jednakże powrót na lotnisko nie kończył etapu rozterki moralnej, albowiem nastąpiły szykany i obrażanie. Przecież kamikaze odlatując na samobójczą misję nie ma prawa powrotu. Powinien zginąć, i tyle. Dla dowódców, przynajmniej niektórych, mniej się liczyło, że mogła to być śmierć bezsensowna, nie powodująca jakichkolwiek strat nieprzyjaciela, niż złamanie niepisanego kodeksu. Dlatego też Nagatsuka do końca wojny, jako element niepewny, niezasługujący na miano kamikaze, nie dostał drugiej szansy na śmierć w imię Cesarza.

>>> Czytaj także: Prawdziwy kamikaze w ostatni lot bojowy zabiera… swoją żonę! <<<

Komentarze

Absolwent historii i politologii na Uniwersytecie Marii-Curie Skłodowskiej w Lublinie. Interesuje się historią wojskowości XX w., stosunkami międzynarodowymi, terroryzmem oraz polskimi misjami stabilizacyjnymi poza granicami kraju.

Najpopularniejsze posty