Leszek Miller / Źródło: Wikimedia
Leszek Miller / Źródło: Wikimedia

Parcie na szkło

Usiadłem w fotelu, włączyłem teleekran. Leciał serwis informacyjny. Po nim rozmowa z gościem. Zaproszony: Leszek Miller. Myślę sobie – trudno. Przełączyłem na inny kanał. I tam minął serwis, a gościem: Miller. Zaczęło mnie to frapować.

Minęło kilka dni. Wróciła sprawa więzień CIA w Polsce – w telewizji Miller. Premiera „Jacka Strong” – znowu on. Mój umysł, kształtowany na studiach politologicznych, zabił na alarm. Czerwona lampka świeciła wściekle. To nie przypadek, pomyślałem. Szybka synteza faktów: zbliżają się wybory, PiS prawdopodobnie nie da rady rządzić sam. Platforma będzie potrzebowała silnego koalicjanta, PSL może nie wystarczyć, o ile wejdzie do Sejmu. Stąd częsta obecność „Żelaznego Leszka” w mediach. Wcale mnie to nie pocieszyło.

Serwis informacyjny. Materiał o igrzyskach. Odetchnąłem ze spokojem. Nareszcie coś niepolitycznego. Myliłem się. Dziennikarka rozmawiała z… Leszkiem Millerem.

Tego było już za wiele. Zerwałem się z fotela jak oparzony. Dopadłem do teleekranu, wyłączyłem go szybko (na razie można je wyłączać). Na wszelki wypadek zakryłem go kocem i schowałem się w kącie.

Nerwy miałem w strzępach. Idąc po mieście wszędzie widziałem niewysokiego, siwego mężczyznę. Wyglądał zza rogów, zza latarń. Był wszędzie. Przestałem wychodzić z domu. Bałem się.

Wreszcie się uspokoiłem. Przedwczoraj nawet włączyłem teleekran. I znowu go zobaczyłem. Przyjąłem to ze spokojem. Przywykłem.

Wczoraj zajrzałem do lodówki. Patrzę, a tam Miller. Na szczęście tylko w butelce.

Komentarze

Student politologii na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego. Interesuje się historią, polityką, filozofią a także literaturą.