parytety

Parytety ośmieszają kobiety

Na listach wyborczych do Parlamentu Europejskiego kobiety zajmują 561 miejsc, czyli 44%. W porównaniu do wyborów sprzed pięciu lat wynik jest znacznie wyższy, choć feministki podkreślają, że nadal daleki „unijnym standardom”. Kobiet w polityce mogłoby być więcej, ale pytanie czy parytety zrobią z Polek Margaret Thatcher?

Celebrytki, feministki performerki, skandalistki – to one najszumniej zajęły miejsca na listach wyborczych. Chociaż trudno powiedzieć, żeby były to miejsca tak biorące, jak ich temperamenty. Od przyjęcia w 2010 roku ustawy kwotowej ustalanie list odbywa się pod dyktando feminizacji, a nie obiektywnej oceny kompetencji kandydatów. Komitety zamiast szukać fachowców, szukają po prostu kobiet. Partie wyciągają je z kuchni do parlamentarnej ławy, by sprostać prawu, ale także kampanijnym trendom, w których twarze pań to ostatnio jeden z wiodących chwytów marketingowych. Paradoks parytetów polega więc na tym, że zamiast odczarować kobiety od instrumentalnego traktowania, przypieczętowują ich wizerunek jako ozdóbek list.

thatcher_parytetyParytety służą tylko słabym kandydatkom. Te silne od lat radzą sobie bez ustawowego dopingu i udowadniają, że pozycję polityczną osiąga się działaniem, a nie za sprawą spódnicy. To dzięki mądrości, zdolnościom i determinacji, tak jak wspomniana już Margaret Thatcher, osiągają sukcesy i odgrywają znaczącą rolę w życiu publicznym. W każdej partii, od prawa do lewa, znaleźć można przykłady karier politycznych kobiet, które swoją pozycję osiągnęły zanim jeszcze komukolwiek przyszło do głowy, żeby „równać szanse płci”. Niestety, od kilku lat niemal w każdej partii są także tzw. złote spódniczki, czyli kobiety, które mają stanowiska tylko dzięki ustawie.

Kobiet w polityce prawdopodobnie zawsze będzie mniej, co nie wynika z dyskryminacji, a z fundamentalnych praw natury i ich dobrowolnego wyboru. Mimo szerzącej się feministycznej propagandzie zniechęcającej do wypełniania tradycyjnych ról, wiele zdolnych i pewnych siebie kobiet decyduje się na prowadzenie domu. Zdają sobie one sprawę, jak istotna jest kwestia rodziny dla dobra całego narodu. Feministki natomiast za każdym razem upominając się o tzw. równouprawnienie w imieniu wszystkich kobiet (sic!) krzywdzą je podkreślając, jakoby bycie matką było czymś gorszym i ośmieszającym. Naiwnością jest sądzić, że proporcje ról społecznych się diametralnie zmienią. Niezależnie od wysokości parytetów mężczyźni nie zaczną rodzić dzieci, żeby kobiety mogły zajmować się sprawowaniem władzy.

Parytety są sztuczne i tylko pogłębiają konflikt płci. Wprowadzenie przymusu wpisywania na listy określonej liczby kobiet odbija się kosztem zawodowych polityków. To dyskryminacja mężczyzn, których zdolności polityczne przegrywają z płcią. Prawo wyborcze sprzyja temu, aby wieloletnia praca i doświadczenie ustąpiły miejsca… kobiecie. Dlatego nie powinny dziwić ciche (bo głośne sprzeciwianie się jest seksizmem) protesty przeciw absurdalności parytetów.



Paweł Poncyliusz i Barbara Nowacka o parytetach w programie TAK czy NIE.

I wreszcie, co by było gdyby kolejnych procenentów na listach zaczęli domagać się także młodzi, seniorzy, niepełnosprawni, czarnoskórzy i wszyscy inni, którzy czują się niedoreprezentowani w instytucjach władzy? A może nawet pójść krok dalej niż 40% kobiet w zarządach spółek giełdowych i wprowadzić pół na pół mężczyzn położników, połowę kobiet marynarzy, górników czy taksówkarzy?

25 maja będzie kolejnym sprawdzianem dla parytetów, a następne pięć lat pokażą jaką jakość wprowadzają one do unijnej polityki. Tymczasem, nieważne czy na kobietę, czy na mężczyznę, korzystając z praw obywatelskich, trzeba głosować na najlepszych reprezentantów – najlepiej rozsądnie.

Komentarze

Najpopularniejsze posty