Pytań jakich nie było, nie ma i nie będzie – o wywiadzie z gen. Lechem Majewskim w Gazecie Wyborczej

Dla mnie wywiad z Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych generałem Lechem Majewskim był ciekawy nie ze względu na pytania jakie się pojawiły ale właśnie ze względu na te pytania, których zabrakło.

Kilka dni temu ukazał się w Gazecie Wyborczej wywiad z generałem Lechem Majewskim Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych pod znamiennym tytułem – „Na wojnę musimy być przygotowani”. Był to kolejny wywiad z wysokim dowódcą wojskowym (obecnym lub byłym) jakie od paru tygodni zaczęły ukazywać się w mediach. Wpisuje się on w szerszą dyskusję jaka wywiązała się na temat stanu naszej armii pomiędzy generałami, którzy obecnie „pełnią” funkcję państwową (część z nich pełni cywilne funkcje np. szef BBN gen. Koziej), a tymi którzy odeszli z armii i głos zabierają jako de facto osoby prywatne.

Obie strony obecnie podkreślają, że skończyły się czasy spokoju w Europie i zagrożenie konfliktem wzrosło. Ale też obie strony mają całkowicie odmienny pogląd na stan obecny naszych sił zbrojnych. „Czynni” generałowie podkreślają przede wszystkim to, że armia się modernizuje, że podjęto już szereg reform w kierunku jej modernizacji. Generałowie w stanie spoczynku wskazują przede wszystkim konkretne zaniedbania oraz braki jakie posiada nasza armia.

Tej wymianie poglądów można by się dalej przyglądać ze spokojem, gdyby nie wydarzenia za naszą wschodnią granicą oraz fakt, że większość wyborców chciałaby wiedzieć, w jakim naprawdę obecnie stanie jest nasza armia. Niestety dziennikarze, którzy powinni ułatwiać odpowiedź na to zasadnicze pytanie (bo taka rola dziennikarstwa), albo sami mają mętne pojęcie o obronności, albo się już pogubili w tych przeciwstawnych opiniach. A prawdopodobnie jedno i drugie. Widać to i w tym artykule gdzie w wielu przypadkach pan generał Majewski raczył się mijać z prawdą, bądź pewne rzeczy koloryzował, a dziennikarz nie zareagował. Trudno mi określić czy było to zamierzone czy też wynikało z braku wiedzy Pana generała i prowadzącego wywiad dziennikarza na temat wojsk lądowych. Ale jest sporo pytań, które paść powinny, a nie padały i warto się temu przyjrzeć.

Jak słusznie zauważył w w/w wywiadzie redaktor Paweł Wroński, analizując konflikt na Ukrainie olbrzymią rolę pełni w nim artyleria. Jako były artylerzysta z przyjemnością czytam słowa Pana generała Majewskiego, że się o niej myśli. Ale czy myślenie o np. posiadaniu Jaguara oznacza, że się go posiada? Niestety tak jest i w wypadku artylerii w Wojsku Polskim. O ile rzeczywiście systemy kierowania ogniem zostały zmodernizowane (a ich modernizacja dalej postępuje), podobnie jak część wyrzutni rakiet, to de facto jej zasadnicza część lufowa w 90% pochodzi z lat 80-siątych, zaś radarów artyleryjskich typu Liwiec mamy 3 (słownie: trzy) sztuki (oraz 7 zamówionych). Dwa lata temu zostało także zamówionych 53 sztuki radarów pola walki typu MSTAR AN/PPS-5C, ale dopiero wchodzą one na uzbrojenie. O wspomnianych przez Pana generała dronach dla artylerii, można mówić jak o Yeti. Wszyscy artylerzyści w Wojsku Polskim o nich słyszeli ale tylko wybrańcy widzieli, a jeszcze mniejsza grupa na nich ćwiczyła. Słowem na obecną chwilę jesteśmy w stanie podać bardzo dokładne koordynaty do ostrzału, ale strzelać to będziemy już egzemplarzami muzealnymi (dosłownie, gdyż nawet w Donbasie używa się nowocześniejszych samobieżnych haubic). Tak wygląda mniej więcej obraz polskiej artylerii. Stąd wypadałoby choćby zapytać Pana generała Majewskiego, kiedy się ten obraz zmieni, i kiedy zostanie w końcu zakończony proces przezbrajania samobieżnej artylerii lufowej? Gdyż mimo, że sam program przezbrajania „Krab”, o którym wspomina generał trwa już 18 lat (!) – (to nie żart, Niemcom zajęło to 7 lat od wyprodukowania prototypu, poprzez zamówienie do jego realizacji) to końca jego nie widać. A trzeba dodać, że artyleria to najbardziej zmodernizowany rodzaj wojsk lądowych.

Na szczęście dla Pana generała Lecha Majewskiego, redaktor Paweł Wroński nie zająknął się ani słowem, o równie ważnej roli w konflikcie ukraińskim czołgów czy wozów bojowych piechoty. Wyszłoby wtedy, że 50% polskich czołgów będących na stanie naszych brygad, jest w takim stanie, że nawet będąca w dramatycznej sytuacji armia ukraińska by ich nie wysłała na front. Wprawdzie większość naszych czołgów jest równolatkami wozów ukraińskich i przekroczyła 30 lat (kto z czytelników jeździ 30 letnim samochodem?) ale w przeciwieństwie do ukraińskich, nasze wozy nie były w ogóle modernizowane. Stąd ich wartość bojowa przy podobnym konflikcie jest bliska zeru. Nie lepiej jest z ponad 1300 sztukami Bojowych Wozów Piechoty, BRDM czy innym sprzętem oglądanym w TV w reportażach z Ukrainy. Jak ktoś nie wierzy może sprawdzić w Internecie. Dane ogólnie dostępne. Wyposażenie w sprzęt ciężki naszych wojsk lądowych niewiele odbiega od tego co posiadają Ukraińcy, a nawet jak odbiega to na naszą niekorzyść.

Jest od tej reguły parę wyjątków, które raczył pan generał Lech Majewski zaznaczyć ale są one albo niedoposażone (Rosomaki), albo czekają na modernizację (Leopard), o czym Pan generał już nie raczył wspomnieć, a Pan redaktor zapytać. Zresztą przy tej okazji pan generał Majewski mija się prawdą twierdząc, że gdyby nie ustawa „O przebudowie i modernizacji technicznej sił zbrojnych” z roku 2001, której inicjatorem był ówczesny minister ON Komorowski, to Wojsko Polskie nadal jeździłoby SKOT-ami (poprzednik Rosomaka), oraz używało czołgów T-55. Otóż chciałem poinformować pana generała Lecha Majewskiego, że decyzja o wycofaniu T-55 zapadła 10 lat wcześniej( i Prezydent Komorowski nie miał z nią nic wspólnego), a SKOT-y, mimo ich wycofania w 95% to nadal są na stanie Wojsk Lądowych.

Aby głębiej nie wchodzić szczegółowo w temat modernizacji naszej armii proszę zwrócić uwagę, że w większości wywiadu pan generał Majewski używa czasu przyszłego typu: „planujemy, chcemy pozyskać, zamierzamy rozwijać”. Powstają w tym miejscu dwa pytania. Pierwsze kiedy Pan generał i politycy obecnej koalicji skończą używać czasu przyszłego i będą się posługiwać w tym zakresie czasem przeszłym, w najgorszym wypadku teraźniejszym? I wiążące się z nim pytanie drugie – co rząd Platformy Obywatelskiej i PSL (posiada wiceministra w MON) lub osobiście Prezydent w ciągu ostatnich 8 lat zrobił (czas przeszły, dokonany) dla modernizacji armii, skoro nadal mówimy o tym procesie jako o tworze wirtualnym lub przyszłym? Ale tego pytania, a tym bardziej odpowiedzi proszę się w ŻADNYM wywiadzie nie spodziewać. Za to o planach modernizacyjnych usłyszą Państwo jeszcze morze wypowiedzi. I pewnie taki jest stan naszej armii – wirtualny i przyszły.

Dalej pan generał Lech Majewski wchodzi na nie mniej grząski grunt, czyli sprawdzenie w jakiej gotowości bojowej są nasze siły zbrojne. Przypomnę, że w niedawnym wywiadzie generał w stanie spoczynku Piotr Makarewicz zanegował w poważnym stopniu samą gotowość bojową wielu jednostek wojskowych wyrażając opinię, że gdyby ją sprawdzić w trybie alarmowym to mogło by się okazać, że jest ona równie wirtualna jak modernizacja armii. Ja jeszcze pamiętam jak się kiedyś sprawdzało gotowość bojową. Przychodził do jednostki sygnał, aby w trybie mobilizacyjnym przegrupować się np. 10 km dalej i zająć pozycję obronną w terenie. W tym momencie wyruszali kurierzy nie tylko po kadrę zawodową, ale też po zwykłych rezerwistów. Z koszar wyjeżdżało wszystko co miało koła lub gąsienice, pobierano amunicję, prowiant, wyposażenie. Do jednostki zjeżdżały samochody cywilne. A wszystko to w tempie ekspresowym przemieszczało się do planowanego rejonu ześrodkowania. Tam następowało maskowanie, okopywanie się, wcielanie żołnierzy oraz nawiązywanie łączności. Po takim ćwiczeniu nawet średnio rozgarnięty sierżant wiedział co mu szwankuje, a co idealnie gra, a cała jednostka wojskowa była „spocona” od wysiłku. Takich ćwiczeń nie przeprowadzono u nas co najmniej od 11 lat. Przypomnieć trzeba, że Rosjanie wykonują je co roku i potrafią w stan gotowości bojowej postawić jednocześnie nawet 120 tysięcy żołnierzy! Co ciekawe w tym miesiącu przeprowadziła ją też armia litewska. Z koszar wyjechało jednocześnie 10% wszystkich sił zbrojnych!

Na pytanie o naszą gotowość bojową, pan generał informuje o zorganizowaniu około stu kontroli i szkoleń dotyczących gotowości bojowej i mobilizacyjnej oraz gwarantuje, że przyniosły oczekiwane rezultaty w co i ja osobiście nie wątpię. Tylko, że z gotowością bojową jest jak z wyścigami formuły 1. Bolid można sprawdzać i kontrolować po 100 razy oraz gwarantować, że na torze będzie się sprawował idealnie. A jak będzie naprawdę? To może stwierdzić tylko jazda testowa. Stąd i podobnie jest w wojsku. Po to wymyślono ćwiczenie pt. sprawdzenie gotowości bojowej aby wiedzieć czy nasze jednostki, nasze wojskowe bolidy będą się sprawdzały w razie zagrożenia wojennego. I nie pomogą tutaj zaklęcia nawet generała Majewskiego, który wymienia ile to żołnierzy będzie w tym roku przeszkolonych, lub ile i jakich ćwiczeń odbyło nasze wojsko w roku przeszłym. Jestem przekonany, że podniosły one stopień wyszkolenia naszych żołnierzy ale niestety nie przesądzają one o tym czy nasze bolidy wojskowe, w razie zagrożenia wojennego będą w stanie wyjechać z koszar. To może udowodnić tylko ćwiczenie sprawdzenia gotowości bojowej. A tych nie było i żadna zasłona dymna w postaci wymieniania setek kontroli czy ćwiczeń tego nie zmieni, że jest to co najmniej niewiadoma.

Warto jest wspomnieć jeszcze jeden aspekt określenia gotowości bojowej jednostki. Po przeprowadzeniu takiego ćwiczenia nie da się ukryć jego wyniku. Można ukryć jego szczegóły ale wyniku nie da się ukryć, gdyż bierze w nim udział zbyt wielu żołnierzy i tak jak wspomniałem nawet średnio rozgarnięty sierżant widzi jego wynik. Tu rodzi się kolejne pytanie jakie na pewno nie pojawi się w żadnym wywiadzie – dlaczego we wszystkich armiach świata przeprowadza się takie ćwiczenia, a Wojsku Polskim nie? Może to strach wśród polskich generałów, że po takim sprawdzianie gotowości bojowej zbyt wielu by straciło swoje stanowiska? A może strach polityków, że wyszłyby prawdziwe oblicza ich poczynań na polu obronności?

Końcówka wywiadu przynosi jeszcze dwa tematy. Jeden z nich to reforma dowodzenia armią. Nie chcę tutaj czytelników zanudzać jej szczegółami, tym bardziej, że nie rozumie ich większość posłów komisji Obrony Narodowej, w tym sam przewodniczący Stefan Niesiołowski. Ale jedno pytanie warto na pewno zadać każdemu politykowi – kto będzie imiennie dowodził polskim siłami zbrojnymi w czasie wojny? Odpowiedź na to proste pytanie będzie jednocześnie oceną całej reformy dowodzenia sił zbrojnych. Dlaczego? Otóż na podobne pytanie dotyczące dowodzenia siłami zbrojnymi w czasie wojny Niemiec, USA, Szwecji, Francji czy wszystkich innych krajów NATO odpowie większość polityków tych krajów, w dodatku powołując się na odpowiednie przepisy. W Polsce na to proste pytanie, powołując się na obowiązujące przepisy, nie potrafi w tej chwili odpowiedzieć nikt! To nie żart. Po prostu, po reformie dowodzenia część ustaw i przepisów o tym mówiących jest ze sobą wzajemnie sprzeczne. Stąd tego pytania również Państwo nie usłyszą w wywiadzie z ŻADNYM politykiem, a tym bardziej czynnym wojskowym!

W sprawę szeregowych zawodowych również nie będę głęboko wnikał. Rozumiem, że w odpowiednim wieku ludzie do wojska się po prostu nie nadają. Ale i tutaj powstaje pytanie, którego Państwo nie usłyszycie w żadnym wywiadzie – co wojsko uczyniło, aby tych ludzi niejako przysposobić do życia w cywilu? Aby ich umiejętności były nadal wykorzystywane przez państwo polskie, które zainwestowało w ich wyszkolenie dziesiątki mln złotych? Tym bardziej, że zdecydowana większość (jak nie wszystkie) kraje NATO takie programy posiadają! To kolejne pytania jakie nie pojawiło się w tym wywiadzie.

Dla mnie wywiad z Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych generałem Lechem Majewskim był ciekawy nie ze względu na pytania jakie się pojawiły, ale właśnie ze względu na te pytania których zabrakło. Dzięki temu można łatwo określić jakich pytań unikają zarówno rządzący politycy jak i będący czynnymi w służbie publicznej generałowie. Zastanawiające jeszcze bardziej jest to, że żadna redakcja jeszcze takich pytań im nie postawiła. A tylko one mogą pozwolić zapoznać się społeczeństwu z rzeczywistym stanem naszej armii. Zaś rolą dziennikarstwa jest rzetelne przedstawianie czytelnikowi faktów i sedna prawdy o tym czy innym zagadnieniu. No chyba, że się mylę i coś się w dziennikarstwie polskim zmieniło. Wtedy jest to jeszcze bardziej zastanawiające…

Komentarze

Oficer rezerwy rozpoznania, ukończył historię na Uniwersytecie Szczecińskim i studia podyplomowe na SGGW. Manager zarządzający i doradca w firmach konsultingowych