po

Sondaże. Ból głowy Platformy

Sondaże. Nic nie potrafi tak ucieszyć lub zmartwić polityka, jak najświeższy wykresik symbolizujący społeczny odbiór jego partii. Sondaż to dzisiaj wyznacznik tego, czy uprawiana dotychczas polityka – kolokwialnie mówiąc – się sprzedała, czy należy wykonać skok w bok, puścić oczko do wyborcy i spróbować uderzyć w całkiem w inne tony. Sztandarowym przykładem takiego funkcjonowania – wyjątkowo nieudolnego dodajmy – jest Platforma Obywatelska. Panie i Panowie reprezentujący rządzącą partię, próbują na różne sposoby reanimować wizerunek swojego ugrupowania. Gdy już wydaje im się, że wszystko jest na dobrej drodze, tak jak teraz gdy podobno negocjacyjny sukces osiągnął minister Sikorski, ni stąd ni zowąd pojawiają się takie kwiatki jak niedawne medialne skandale, których uczestnikami byli Sławomir Neumann i Jacek Protasiewicz. Próby mozolnego wspinania się po procentowych słupkach, okupione godzinami pracy PR-owców – idą na marne. Zostawmy jednak na boku starania partii Donalda Tuska, aby utracone poparcie odzyskać. Spróbujmy za to zastanowić się, jak to możliwe, że PO, czyli ugrupowanie, które pierwszy raz po 1989 roku rządzi krajem drugą kadencję, zanotowało tak bolesny – i nie ukrywajmy – nieodwracalny już upadek.

Grzech pychy. To chyba główna przyczyna, która wyprowadza z równowagi przeciętnego wyborcę. Gdy pan premier, zabierając publicznie głos, kreuje się na męża stanu, waży słowa, stara się być takim klasycznym bratem łatą, to – mówiąc zupełnie obiektywnie, z PR-owego punktu widzenia – jeszcze jakoś to wygląda. Problemem Donalda Tuska jest jednak partyjne zaplecze. Tak jak wspomniałem we wstępie. Zawsze gdy wydaje się, że wszystko jest pod kontrolą, a wyborcy pomalutku zaczynają jeść z ręki, następuje wielkie bum i ktoś z otoczenia premiera zalicza wizerunkową wtopę. Przypomina to sytuację, w której zawiany facet, po upojnej nocy, stara się po cichutku wejść do mieszkania, robi wszystko byle tylko nie obudzić żony, po czym z całym impetem wpada w stojącą w przedpokoju szafkę. Analogicznie można odnieść się do tego przykładu obserwując polityków Platformy. Nagle na horyzoncie pojawi się Elżbieta Bieńkowska ze swoim kultowym tekstem, a to w mediach znów zabrzmią dalece odbiegające od języka dyplomatycznego wypowiedzi Stefana Niesiołowskiego. A co gdy już nam się wydawało, że ugraliśmy kilka punkcików w Unii Europejskiej? Bęc! Pojawia się Jacek Protasiewicz, a wraz z nim awantura na niemieckim lotnisku. Do tego Sławomir Neumann, który – według informacji podanych przez Wprost – nazbyt nachalnie lobbował za pewną prywatną kliniką. I tak dalej, i tak dalej. Skupiając te wszystkie przypadki w całość i przekładając wnioski na chłopski język – władza nam się rozpasła. Odjechała bardzo daleko od problemów, z którymi na co dzień walczy statystyczny Polak. Tworząc takiego przykładowego ludzika PO i skupiając w nim cechy przeciętnego polityka tej partii, możemy dostrzec obraz kogoś, kto odniósł wrażenie, że władzę dostał raz na zawsze. Robi co mu się podoba, wykorzystuje swoją pozycję do prywatnych celów, a gdy zwraca mu się uwagę – artykułując swoje wątpliwości – mamy do czynienia z buńczuczną obroną swoich racji, na zasadzie – Co wy tam wszyscy wiecie! Taki wizerunek polityka – uściślijmy, nie tylko Platformy Obywatelskiej, choć ta partia na tym polu zdecydowanie wygrywa – funkcjonuje dzisiaj w głowie społeczeństwa. Nic tak nie irytuje Polaka, siedzącego przed telewizorem po odbębnionych godzinach pracy, za którą otrzymuje marne wynagrodzenie, jak nabzdyczony polityk, sprawiający wrażenie kogoś kto zjadł wszystkie rozumy.

źródło: wikimedia.org

źródło: wikimedia.org

Polityka słów. Polak zawsze, czy to sport, czy polityka – chce efektów tu i teraz. Jeżeli nie otrzyma ich od razu, będzie wprawdzie narzekał, ale mimo wszystko – będąc wytrenowanym w łykaniu przedwyborczych obietnic – poczeka. Co jednak wtedy, gdy ugrupowanie pozostające u sterów przez 7 lat nie odcisnęło wyraźnego piętna na organizmie, którym stara się kierować? Platforma, w 2007 roku doszła do władzy, obiecując Polakom to co chcieli usłyszeć, snując przed społeczeństwem utopijne wizje. Czego to oni mieli nie załatwić. Podniesienie płac, rent i emerytur, obniżenie podatków, walka z korupcją, itd. Klasyka. Gdy ubiegała się o drugą kadencję, jej przedstawiciele, głośno apelowali o drugą szansę. Sugerowali Polakom, że wiedzą jak naprawić popełnione wcześniej błędy. Z perspektywy czasu wygląda to bardzo średnio. Wiadomo, że cudów nikt nie oczekiwał, ale chociażby konieczność wygłoszenia przez premiera Tuska drugiego expose, to jasne przesłanie – spieprzyliśmy, prosimy o drugą (sto siedemdziesiątą ósmą) szansę. Drugie expose było sygnałem, że nie wszystko poszło tak jak powinno, więc trzeba było wytoczyć najcięższe działa, zapędzić towarzystwo do sali sejmowej, ładnie się ubrać i obiecać Polakom coś bardziej przyziemnego. To właśnie nazywam polityką słów. Obiecać ile się da, aby przetrwać do wyborów, a poźniej jakoś to będzie. Ktoś powie jednak: Zaraz, zaraz drogi Panie! Jak to same słowa! Były też czyny! A rekonstrukcja rządu? Ci, którzy zawalili, ponieśli odpowiedzialność! Na ich miejsce przyszli nowi, lepsi! No cóż, zagrywka z wymianą twarzy na najwyższych państwowych stanowiskach to przecież nic nowego. To stały element politycznej gry, który wykorzystywany jest zawsze wtedy gdy rząd traci zaufanie. Zresztą, czy któryś z poprzednich ministrów został rzetelnie rozliczony ze swojej pracy? Śmiem wątpić. Cała operacja przypominała raczej masową rejteradę. Rekonstrukcja rządu, stała się próbą rekonstrukcji wizerunku. Gdy ludzie – brzydko mówiąc – zaczęli się za mocno czepiać pewnych osób, na ich miejsce przyszły inne, które startują od zera. Hulaj dusza.

Afery. Zaczynając od tej hazardowej, a kończąc na Nowakowej. Gdzieś po drodze jeszcze Amber Gold i liczne aferki na szczeblach lokalnych. Oczywiście można dywagować o ilu kwestiach nie wiemy, ale reasumując, wszystkie te skandale – z mniejszym lub większym udziałem osób powiązanych z partią rządzącą – znajdują swoje odzwierciedlenie w sondażach. Gdy przejdziemy się po ulicach miast – szczególnie tych mniejszych lub średniej wielkości – pytając przechodniów co sądzą o PO, prosząc jednocześnie o szczerą odpowiedź, wypowiedź najczęściej musielibyśmy wypikać. Polityk stał się w dzisiejszych czasach symbolem przekrętu. Ludzie wprawdzie idą na wybory, ale i tak w ich głowach pojawia się myśl, że nic to nie zmieni, ponieważ ktoś za ich plecami nadal będzie kręcił wałki. Jaskrawym przykładem takiej sytuacji jest Beata Sawicka i kwestia, którą w humorystyczny sposób na portalu Nowa Strategia opisywał Paweł Jaworski. Wyrok obwieszczający odpowiedzialność moralną, to farsa w najczystszej postaci. Na pewno poszło jej w pięty i do dnia dzisiejszego ta moralna odpowiedzialność nie daje jej spać po nocach.

Dziury w pokładzie. Mam tu na myśli – przede wszystkim – Jarosława Gowina i Grzegorza Schetynę. Ten pierwszy, wraz z kilkoma innymi posłami PO zdezerterował z partii, z kolei drugi w niej pozostał, ale stworzył jawną opozycję, która cały czas lokuje się wewnątrz partyjnych struktur. Przeciętny wyborca – mający wobec Platformy mieszane uczucia – takie sygnały odbiera jako słabość. Coś się tam musi w środku dziać, skoro jeden polityk wraz z kolegami daje dyla, a drugi wprawdzie stara się utrzymywać w wypowiedziach jedyną słuszną linię, ale coraz głośniej mówi o tym, że nie wszystko mu się podoba. Na stabilnym dotychczas pokładzie pojawiają się dziury, a woda pomału zaczyna moczyć buty marynarzy. Nie wszyscy wyborcy Platformy Obywatelskiej pokochali ją miłością dozgonną. Należy, więc zdawać sobie sprawę, że sondażowy spadek, to również efekt sztormów, które nawiedziły platformerski pokład i zmyły z niego zarówno niektórych polityków, jak i sympatyzujących z nimi obywateli.

źródło: wikimedia.org

źródło: wikimedia.org

Pierwszy test, przed politykami PO już 25 maja. Wybory do Parlamentu Europejskiego będą papierkiem lakmusowym, który da nam jasność, czy wyniki sondaży dotychczas publikowanych w mediach, mają swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jak na razie perspektywy, które ma przed sobą Platforma nie napawają optymizmem, aczkolwiek ostatnie wydarzenia na Ukrainie i stanowcze wypowiedzi polskiego rządu, mogą być punktem zwrotnym. W obliczu tak dynamicznej sytuacji – na dzień dzisiejszy – trudno cokolwiek wyrokować, ale Polacy powinni spojrzeć na problem swoich władz znacznie szerzej niż – umówmy się – wypowiedzi, które były przecież koniecznością, wynikającą z piastowanych stanowisk.

Komentarze

Politolog - absolwent studiów magisterskich na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Interesuje się polityką współczesną i okresem II wojny światowej. Ponadto jest pasjonatem piłki nożnej i muzyki rap.

Najpopularniejsze posty