Donald Tusk i Jarosław Gowin / Źródło: wprost.pl
Donald Tusk i Jarosław Gowin / Źródło: wprost.pl

Strategia „Aby do wyborów 2015″ czyli „Takich trzech jak nas dwóch nie ma ani jednego.”

W obozie Platformy Obywatelskiej wydarzyło się w ostatnich latach naprawdę wiele. Po tylu latach rządzenia partia śmiało może określać się mianem kolejnej dynastii panującej w Polsce. Szczęśliwie dla niej (i raczej nieprzypadkowo) czas panowania zbiegł się z okresem niemal całkowitego ogłupienia narodu.

Ten tekst chciałbym jednak poświęcić opisowi pewnego mechanizmu, który dzięki odpowiednim modyfikacjom na przestrzeni wieków – skutecznie funkcjonuje w szeroko pojętej polityce do dnia dzisiejszego. Na pożółkłych kartach historii znajdziemy wiele przykładów mariażu – jako środka prostej i skutecznej zarazem taktyki prowadzenia interesów politycznych. Wraz z liberalizacją życia społecznego nastąpiło stopniowe odchodzenie od „politycznych małżeństw” na rzecz nowoczesnych, postępowych „politycznych rozwodów”. Aby lepiej uchwycić funkcjonowanie tej techniki – omówimy ją na przykładzie. Pewnie Was to zdziwi ale wcale nie musimy cofać się o kilkaset lat. Wystarczy jedynie 3,5 roku… w nieodległe czasy przed bodajże piątą zmianą poglądów Janusza, kojarzonego wówczas głównie z produkowanej w Polmosie „Żołądkowej Gorzkiej”.

fot. Jacek Turczyk (PAP), źródło: www.tvpparlament.pl

fot. Jacek Turczyk (PAP), źródło: www.tvpparlament.pl

Jest 5 lipca 2010 roku. W blasku fleszy i otoczeniu miękkich gąbek mikrofonów TVN-u, TOK FM-u poseł Janusz z ramienia miłościwie nam panującej Platformy Obywatelskiej bryluje zachwalając wybór Bronisława na Prezydenta RP. Jednakże czym byłaby konferencja, na której nikogo się nie pomówiło? W myśl tej zasady Honorowy Obywatel Miasta Biłgoraja oznajmił: „Trzeba dzisiaj wyraźnie przypomnieć, że najbardziej dzisiaj prawdopodobną hipotezą dotyczącą katastrofy smoleńskiej jest hipoteza współwiny Lecha Kaczyńskiego za tą tragedię.” Okazało się, że słowa te mocno nadszarpnęły wrażliwość klubowych kolegów mierzoną słupkami procentowymi. Efektem tego incydentu było złożenie wniosku o wykluczenie go z ciepłych objęć partii przez eurodeputowanego polityka PO – Filipa Kaczmarka. A wszystko na nieszczęście Donalda, który zmuszony do podjęcia jakichkolwiek kroków postanowił zwołać nocną, tajną naradę aby w gronie najbliższych współpracowników ustalić strategię działania. Przygotowania do planowanego zebrania były prowadzone w ścisłej tajemnicy i pośpiechu. Na wniosek Premiera wieść o spotkaniu przy zachowaniu najwyższej ostrożności przekazał uczestnikom znany z oddania sprawie i pełnej dyskrecji sufler byłego premiera – Leszka. Tym oto sposobem udało się zorganizować jedne z najważniejszych i najbardziej tajemniczych zebrań polskiej polityki, którego ustalenia dotyczyły wizji kraju na najbliższych kilka lat. Enigmatyczna aura owiewająca kulisy spotkania do dnia dzisiejszego czyni je przedmiotem sporów historyków i publicystów. Dziś nadszedł ten moment, w którym możemy uchylić rąbka tajemnicy i opisać Wam szczegóły tego wydarzenia. A było to tak…

fot. Maciej Jarzębiński  /  źródło: Forum

fot. Maciej Jarzębiński / źródło: Forum

Lekko po północy, strudzony wyczerpującą grą Premier oczekiwał przy zgaszonym świetle na pojawienie się zaproszonych gości. Krzesła ustawione blisko siebie miały zapewnić maksymalny komfort i dyskrecję rozmowy. Kilkanaście minut później, wszyscy siedzieli już na swoich miejscach. Można było zacząć rozmowy. Światło małej latarki, którą dla zachowania większej tajności spotkania zabrał ze sobą Donald, padło na pierwszego z lewej – Janusza. Przysiągłbym, że w owej chwili Premier zrobił naprawdę „wilcze oczy” i nieco złowrogim szeptem rzekł „Czyś Ty chłopie do reszty zdurniał? Chcesz żeby nas ludzie na języki wzięli? Już tak dobrze było! Takie poparcie! A tu o! Ot czort karty rozdaje…”- na co ten mocno ściszonym, drżącym głosem – „No… no ale Donek… tak w smsie było…na tej instrukcji… nawet pokażę…mam tu w telefonie…” – w tym miejscu przerwał i lekko roztrzęsioną ręką nerwowo przeszukał kieszenie wyciągając kolejno: gumowego penisa, buteleczkę z alkoholem, złamanego w pół skręta i mały pistolet (siejąc przy tym niemały zamęt w szeregach współtowarzyszy) – „Matko Boska, chyba w samochodzie zostawiłem”. – z niepokojem dodał. Wyraźnie poirytowany zgoła nieudanym tłumaczeniem szef rządu syknął ze złością – „Na drugi raz czytaj wyraźnie! Piloci a nie Kaczyński! Czy w tym kraju już nawet czytać nie trzeba umieć, żeby dostać się do Sejmu?! Posłuchaj mnie uważnie bo dwa razy powtarzał nie będę. Oficjalnie z partii wylecisz i będziesz od teraz moją opozycją… Rób to co do tej pory bo i na ten chwyt znajdzie się kilku wątpliwej inteligencji, którzy Cię poprą. Na rozkręcenie dam Ci trochę czasu. W ten sposób odciągniesz dla nas lewe skrzydło. Po następnych wyborach będziesz moją koalicją… bo coś czuję, że jednak któraś z ukręconych afer się wyda i słupki mogą trochę polecieć w dół. I nie wpieniaj mnie Janusz bo ja nie mam czasu na pierdoły… pojutrze mam ważny mecz z reprezentacją TVN-u.”. Światło latarki zmieniło kierunek, świecąc prosto w oczy ministra Sprawiedliwości. Chwilę ciszy poprzedni współrozmówca skwapliwie wykorzystał na głęboki, pełen ulgi wdech. Premier również wyraźnie się uspokoił. Wydaje się nawet, że odzyskał dobry humor dzięki genialnej idei pozornego podziału frakcji. Poprawił mankiety i ze spokojem rzekł – „Jarosławie, wiem, że obłapiasz oczami moją pozycję w partii jak wiejskie baby biskupa. Wiem też, że gra piątych skrzypiec to zbyt mało jak na Twoje ambicje. Mam więc dla Ciebie propozycję a właściwie – zadanie. Zróbmy sobie medialne show dla podbicia zainteresowania, posprzeczajmy się między sobą a potem… odejdziesz w chwale – jako Don Kichot w walce o pierwotną ideę partyjnej „Alma Mater”. Sam wiesz, że te cholerne pisiory mają spore poparcie i właśnie dlatego trzeba odciągnąć te konserwatywne skrzydło na swoją stronę podstępem.” – minister był wyraźnie zainteresowany propozycją. Głęboko się zamyślił. W przyprószonej siwizną głowie jawił się jako Wódz, zbawca narodu, ostatni sprawiedliwy, mała pieczareczka na tym partyjnym oborniku, Jarosław Wygnaniec… – stanowcze „Jarek… Jarek kuźwa ja nie mam czasu na pierdoły – mecz mam pojutrze! Wchodzisz w to czy nie? Druga w nocy a ten się rozpływa!” – brutalnie przerwało błogi wir marzeń posła. Pośpiesznie przytaknął głową na znak zgody co zdecydowanie uspokoiło proponującego układ wodza partii. Wtem coś zaskrzypiało, drzwi się otworzyły. Dosłownie w ostatniej chwili Premier zdołał wyłączyć latarkę. Do pokoju weszła jakaś ciemna postać. Grobową ciszę w obawie przed ujawnieniem przerwało gromkie – „Halo halo! Hop Hop! Donek to ja – Bronek. Rzecznik Ci zasnął przed drzwiami to tak sobie myślę – pochodzę, popatrzę, pozwie…” – „Ciiiiicho…!” – z lekką rozpaczą w głosie szepnął Donald – „Chodź tutaj, siadaj, bierz kartkę i zapisuj po kolei co mamy robić bo znów coś pójdzie nie tak. Uwaga, zapisuj najważniejsze, tajne hasło przewodnie, będące wyznacznikiem na najbliższe cztery lata rządów. Pisz dużymi: „Plan Strategiczny Platformy Obywatelskiej pod tytułem „Aby do wyboruw 2015”.  Mało brakowało a Janusz wyrwałby się z gromkimi brawami w geście uznania jednak w samą porę szef rządu stonował wybuch radości pokazując na znak zadowolenia – zaciśnięte pięści – nowy europejski styl okazywania radości. „I tego się trzymajmy panowie!” – rzekł wyraźnie podekscytowany Donald do równie zadowolonych współtowarzyszy spotkania – „I tego się trzymajmy!” – powtórzył szepcząc radośniej. Tym miłym i pełnym nadziei akcentem zakończyło się spotkanie. Wczesnym rankiem następnego dnia Premier raz jeszcze rzucił okiem na kartkę będącą efektem minionej nocy, wziął do ręki ołówek, poprawił „u” na „ó” i przeczytał całość: „Aby do wyborów 2015”.  Podobało mu się te hasło coraz bardziej. Z uśmiechem wyszedł do dziennikarzy – wyraźnie spragnionych sensacji i blasku Słońca Peru.

Gdybym miał bawić się w proroka, zaryzykowałbym stwierdzenie, że strategia „Aby do wyborów – razem ale osobno” w perspektywie czasu okaże się genialnym posunięciem. Wiem, że zabrzmi to jak czarny scenariusz ale przekonacie się jak wielu jest w stanie nabrać się na ten chwyt marketingowy. Tak naprawdę tylko garstka jest w stanie dostrzec, że mimo iż „kominy są trzy, to budynek ten sam”. Platformie zarzucić można wiele ale z pewnością nie brak inwencji w kreowaniu własnego wizerunku i umiejętności dryfowania na wyborczych głosach dzięki odpowiednio hojnemu traktowaniu właściwych mediów. Pozostaje mi jedynie żałować zmarnowanych przez naszych polityków możliwości. Szkoda, że tracąc tak wiele energii na bezustanną walkę „na śnieżki” w rodzimym podwórku polskiej polityki przy rozentuzjazmowanym dopingu mediów zapominają o nas, dzięki którym i dla których – są tu gdzie są – przynajmniej z założenia.

Komentarze

Student Polityki Społecznej na UwB w Białymstoku. Ukazuje świat mediów i polityki w krzywym zwierciadle felietonu.

Najpopularniejsze posty