Fot. Maciej Butkowski

Węzeł besarabski

Polska odcięta od morza, bez Małopolski i Mazowsza, z Terytorium Autonomii Śląskiej na południu i separatystyczną Nadkrólewiecką Republiką Polską na północy. Polska, która istnieć nie ma prawa, bo tak naprawdę naród polski nie istnieje. Polska poza UE i NATO, z najniższym PKB w Europie. Rozerwana setki lat temu przez sąsiadów, pozszywana na nowo z tych strzępów, które jeszcze dało się odzyskać.

Ta gra wyobraźni ma swoje granice, Mołdawii do Polski nie da się do końca porównać. Lepiej pasowałyby casusy RFN i NRD, gdzie jeden naród żył obok siebie w dwóch państwowościach, albo Ukrainy, z którą Większy Sąsiad chciałby stworzyć jedno państwo, lecz mało kto odwzajemnia jego miłość. Tylko że oba przypadki to kraje o większym znaczeniu strategicznym, ekonomicznym czy samym terytorium i demografii. Mołdawia nikogo nie obchodzi, niewiadomo co z nią zrobić, ale w sumie mało kto się zastanawia. Jak coś tam huknie, to najwyżej wino się kupi skąd indziej.

  Czy Mołdawianie istnieją? 

Kiszyniowski dworzec centralny w sobotnią noc jest pusty. Zamknięte kasy, zamknięte wszystko. Ani policjant, ani tuzin taksówkarzy nie wiedzą, gdzie znajduje się nasz hostel. Jedyne co po zmroku widać w Kiszyniowie to neony. Neony, neony, neony kasyn. Kasyna są wszędzie w centrum, na każdej większej ulicy po kilka. Ich rzędy poprzecinane są szyldami barów i kantorów. Cała reszta jest niewidoczna. Niskobudżetowe i opustoszałe Las Vegas. W dzień to wszystko znika, zapada w sen.  Budzą się ludzie. Główna arteria Kiszyniowa, ul. Stefana III Wielkiego zapełnia się ulicznymi straganami. Nawet w stolicy trudno o pracę. Kiszyniowianie szukają więc źródła przychodu na ulicy.  Tu stolik z grami logicznymi, tam szachy na kasę, gdzie indziej można sprawdzić swoją wagę za równowartość 25 groszy. W stolicy są dwa rynki, jeden dla mieszkańców, z podróbami najków i drugi dla turystów, z podróbami radzieckich medali. Socjalistyczną przeszłość widać gołym okiem, jedyne godne spojrzenia budynki to te państwowe. Etatyzm wygrywa i dominuje w tym mieście, ale to pyrrusowe zwycięstwo.

Fot. Maciej ButkowskiJego rodzice żyją od 10 lat w Hiszpanii, ciocia we Włoszech, wujek w Rosji, rodzice dziewczyny w Czechach. Alex i tak na tle swoich rówieśników ma wyjątkowo komfortową sytuację. Liceum i studia ekonomiczne skończył w Rumunii. Ma 29 lat i pracuje w mołdawskim odpowiedniku Komisji Nadzoru Finansowego. Kilkukrotnie był w Warszawie na szkoleniu. Zarabia około 3000 zł, w Mołdawii to ogromna suma. Minimalna pensja krajowa wynosi 300 zł, a średnia 900. W rzeczywistości wiele osób pracuje za stawki niższe od minimalnych. Bycie zatrudnionym to zresztą optymistyczny scenariusz. Około 40% bezrobotnych to ludzie świeżo po studiach. Tutejsze ceny są oczywiście niższe niż w Polsce, lecz nieproporcjonalnie do zarobków. Elektronika czy mięso są nawet droższe.  Każda rodzina ma kogoś za granicą, przysyłającego pieniądze, bez tego szanse na przeżycie byłyby niewielkie.

Pięć lat temu, w kwietniu, płonął tu parlament. Po trzeciej z rzędu wygranej komunistów w wyborach parlamentarnych młodzież wyszła na ulicę. Wybory powtórzono, komuniści nie uzyskali większości, a władzę przejęła prozachodnia koalicja. Alexander przyznaje, że obecnie więcej wie o Rumunii niż o swoim kraju. Dla niego Rumunia jest szańcem zachodniej cywilizacji, Wielkim Bratem, z którym kiedyś stanowili jedno państwo. Gdy z okien parlamentu leciał na ulicę sprzęt komputerowy a na szczycie wieszano flagę Rumunii, kilkadziesiąt metrów niżej tłum skandował „Jesteśmy Rumunami!“. Alex nie widzi powodów, by ponownie się nie złączyć. Rumuni mają wyższe płace, lepsze samochody i szanse na Schengen. Różnice etniczne między nimi nie występują a mołdawski jest tylko dialektem rumuńskiego. W Rumunii Alexa nazywali Besarabianinem. Mołdawianin to dla nich mieszkaniec wschodniej Rumunii, pojęcie geograficzne a nie narodowościowe.

Fot. Maciej Butkowski

Hospodarstwo Mołdawskie sięgało dalej na zachód niż dzisiejsza Mołdawia. Historyczna stolica – Suczawa (oblegana w 1497 r.przez Jana Olbrachta) znajduje się obecnie w granicach zachodniego sąsiada. W XIX wieku po wojnie turecko-rosyjskiej, zachodnia część Mołdawii połączyła się z Hospodarstwem Wołoskim, tworząc zalążki współczesnej Rumunii. Wschodnią część, czyli Besarabię, Rumuni zdobyli po I wojnie światowej. Wtedy Kiszyniów po raz pierwszy znalazł się pod zarządem rumuńskim. W 1940 r. tereny zabrała znów Moskwa, budując na nich nową państwowość mołdawską pod postacią radzieckiej republiki. Stąd też nienaturalne położenie geograficzne Mołdawii. Jest to jedyny nienadmorski kraj w Europie (oprócz Lichtensteinu), który graniczy tylko z dwoma sąsiadami – Rumunią i Ukrainą. Przez dekady rozrywany między Bukareszt i Moskwę, teraz funkcjonuje w swoich sztucznych, sowieckich granicach.

Stefan pracuje w mołdawskiej służbie granicznej. Z Rumunią się nie identyfikuje. Podkreśla, że to Mołdawianie pierwsi stworzyli swoje państwo, jest dumny ze średniowiecznej historii Mołdawii i nie widzi powodów, by łączyć się z Rumunią. To prędzej oni powinni oddać Mołdawii jej historyczne tereny. Większość Mołdawian nie chce się przyłączać do sąsiada. Plany unii, towarzyszące pierwszym latom niepodległości, storpedowało referendum z 1994 r., w którym ponad 60% Mołdawian opowiedziało się za suwerennością państwa. Politycy mołdawscy do tematu unii też nie podchodzą z entuzjazmem. Połączenie państw ograniczyłoby Mołdawię do roli jednej z  rumuńskich prowincji i odcięłoby ich od wpływów. Rumuni konsekwentnie opowiadają się jednak za przyłączeniem terenów Mołdawii. Prezydent Traian Băsescu uważa, że po dołączeniu do UE i NATO zjednoczenie Bukaresztu i Kiszyniowa powinno być kolejnym strategicznym celem rumuńskiej geopolityki.

Alex nie był nigdy w Naddniestrzu ani Gagauzji. Z uwagą jednak śledzi doniesienia o wydarzeniach na Ukrainie. Wie, że ukraińska Odessa jest ostatnią twierdzą oddzielającą Naddniestrze od rosyjskich wpływów. Jeżeli Kremlowi udałoby się zrealizować maksymalną koncepcję Noworosji, czyli wchłonąć całą wschodnią i południową Ukrainę, nic nie będzie dzielić Rosji od  Naddniestrza, a potem może i Kiszyniowa. W listopadzie Mołdawia parafowała umowę o stowarzyszeniu z UE, za co została ukarana rosyjskim embargiem na mołdawskie wino i mięso. W obliczu wojny na wschodzie Kiszyniów rozpaczliwie stara się zakamuflować jako miasto unijne. Już teraz flagi UE są wszechobecne w stolicy, każda instytucja państwowa dumnie prezentuje barwy organizacji, do której przy dobrych wiatrach Mołdawia wejdzie może za 5 lat. Przeobrażają się również służby porządkowe.  Połowa kiszyniowskich policjantów nosi nowe, europejskie mundury, z kamizelką i bejsbolówką. Reszta nadal lata w wysłużonych już mundurach mody sowieckiej. W międzyczasie do rozmowy dołączył Fiodor, kumpel Alexa. Nie widzieli się ponad rok, Fiodor pracuje jako kelner w Berlinie, kiedyś sprowadzał do Mołdawii samochody z Polski. Jego brat Mihai służy w kiszyniowskiej policji. Na nowy uniform się nie załapał, nadal ku swojej rozpaczy biega w starym mundurze i czapce, na której mogłyby lądować śmigłowce.

Fiodor jest przykładem, dlaczego nikt w Mołdawii nie traktuje poważnie tego, że 28 kwietnia 2014 r. Unia zdjęła wizy podróżnicze. Mołdawianie potrzebują pracy na Zachodzie, nie turystyki. Fiodor pracuje, bo ma rumuński paszport, Bukareszt w ostatnich latach rozdał ich setki tysięcy. Podobnego szczęścia nie mają mieszkańcy Naddniestrza i Gagauzji. Tam dominuje wschodni kierunek emigracji. I zupełnie inny punkt widzenia.

 Czarny koń (Rosji)

 – Jaka tam w Unii demokracja i wolność? Do pracy tam nie możemy jeździć, gdyby nie Rosja to byśmy z głodu zdychali. Córce przysłali paszport rosyjski, pojechała do Moskwy i przysyła trochę rubli co miesiąc. W Rosji jest wolność i demokracja!

Fot. Maciej Butkowski

Władimir Piotrowicz ma 77 lat, wielkie okulary i złote zęby. Większość swojego życia  był chirurgiem w Tyraspolu, teraz mieszka w Komracie, stolicy Gagauzji. Całą swoją wiedzę o współczesnym świecie bierze z rosyjskich kanałów telewizyjnych. Nie wyobraża sobie przystąpienia Mołdawii do Unii Europejskiej, mówi tylko po rosyjsku. Rumunia to dla niego kraj Cyganów.

Artem i Ania mają po 25 i 27 lat. Są dziennikarzami lokalnej stacji telewizyjnej. Nie chcą do Unii Europejskiej, bo to prowadzi do upadku miejscowych przedsiębiorstw i ich przejmowania przez zagraniczny kapitał. Przypominam im, że 90% mołdawskiego rynku telekomunikacji jest w rękach francuskiego Orange. „No tak, ale w tym Orange pracują Gagauzi”.

Taka właśnie wiedza na temat świata dominuje w tym regionie. Trudno się dziwić, praktycznie nikt tu nie zna angielskiego, mołdawski też nie jest popularny. W Gagauzji króluje rosyjska prasa i telewizja, zacięcie broniąca kremlowskiego punktu widzenia. „Marzenia jądrowej księżniczki”, „Krwawy trójząb Bandery”, „Kijów chce alfabetu łacińskiego”, „Co, jak i z kim jadał towarzysz Stalin” – wołają do przechodnia kioskowe witryny.  Wschodnie ziarno trafia na żyzny grunt, Gagauzi we krwi mają miłość do Rosji.

Fot. Maciej Butkowski

Nikt do końca nie wie kim dokładnie są.  Dopiero w XIX wieku debiutują na scenie regionalnej historii, gdy uciekając przed represjami z Imperium Osmańskiego, trafiają na tereny Besarabii. Sami siebie, w zależności od koniunktury politycznej, nazywali sturczonymi Bułgarami lub zbułgarzonymi Turkami. Genetycznie bliżej im do Bułgarów, językowo do Turków a wyznaniowo do Greków, bo to grecką cerkiew prawosławną wybrali na swój Kościół. Śmieją się, że religię wybrali pod kątem jedzenia, gagauskie restauracje pełne są dań z wieprzowiny. W Mołdawii  znaleźli swój azyl, car dawał im ziemie i możliwości rozwoju, tworząc przy tym kastę lojalną Petersburgowi i broniącą południowych szańców Imperium przed Turkami.

Na swoją stolicę wybrali Komrat, Po turecku „komur” znaczy węgiel a „at” to koń. Legenda głosi, że jeden z Tatarów z Ordy Nogajskiej nazwał tak miasto ku czci swojego czarnego wierzchowca. Komrat to miasteczko wielkości Ustki, o zaludnieniu Zakopanego.  Zrzucamy plecaki na centralnym skwerze miasteczka. Wchodzę do kiosku kupić mapę. Mój polski akcent i łamany rosyjski wzbudza u ekspedientki wybuch radości. Rimma Burlaca urodziła się przed wojną w Grodnie. Jej mama była Polką a tata spolszczonym Białorusinem. Wysiedleni po wojnie z Kresów trafili do Mołdawii. Dostaję od niej mnóstwo wskazówek na temat miasta oraz zaproszenie do domu na obiad.

Fot. Maciej ButkowskiW Komracie na prawie każdym rogu wyrasta jakieś ministerstwo. Ministerstewko byłoby lepszym słowem. Budynki wielkości sklepów spożywczych dumnie obwieszone są flagami i godłami Gagauzji. Ministerstwo Obrony Narodowej próbuje sprawiać groźne wrażenie obwieszone zdjęciami gaugaskich żołnierzy i otoczone wysokim metalowym płotem, ale i tak nas zbytnio nie przekonuje. Można odnieść wrażenie, że cała kadra polityczna Gagauzji zmieściłaby się w autobusie. Parlament ma 35 członków, reprezentujących poszczególne gagauskie miasta i wsie. Władzę wykonawczą sprawuje baszkan, odpowiednik prezydenta, będący również gubernatorem i członkiem mołdawskiego rządu.

Gagauskie poczucie tożsamości narodowej przykryte przez dekady czerwoną zasłoną, obudziło się pod koniec XX wieku. Wykorzystując wojnę Kiszyniowa z Naddniestrzem, Gagauzom udało się wywalczyć dla siebie autonomię, którą wcześniej blokowały rządy mołdawskich nacjonalistów. Jej zasięg terytorialny ustaliło referendum, wszędzie gdzie większość opowiadała się za autonomią, tam ją przyznawano. W efekcie nie jest ona terenem jednolitym, jej kształt na mapie przypomina rozsypane puzzle. Dwa zapisy ustawy są w dokumencie o Terytorium Autonomi Gagauzji kluczowe. „Jedynym suwerenem Gagauzji jest naród gagauski” – Naród, nie żadna grupa etniczna czy mniejszość, ale pełnokrwisty i suwerenny Naród. Oprócz tego Gagauzja dostała prawo do secesji od Mołdawii w przypadku, gdyby ta druga straciła status „niezależnego państwa” ergo – dołączyła się do Rumunii lub jeśli ktoś chce interpretować w ten sposób, dołączyła do Unii Europejskiej. Kiszyniów później zabezpieczył się, zaznaczając w konstytucji, że Gagauzja jest integralną częścią Mołdawii. Gagauzi ani myślą jednak pożegnać się ze swoimi przywilejami. W lutym odbyły się tu referenda, w których 98% głosujących wyraziło  niechęć wobec unijnej integracji i podkreśliło swoje prawa do niepodległości w przypadku drastycznych zmian w mołdawskiej polityce zagranicznej. Nie ma tygodnia, by do baszkana nie przyjeżdżały unijne delegacje, starające się go nakłonić do współpracy z Kiszyniowem w integracji europejskiej. On jednak odpowiada, że niezależnie od swoich prywatnych poglądów, musi spełniać wolę obywateli.

Gagauzja jest bastionem Partii Komunistów Republiki Mołdawii. Od samego początku niepodległej Mołdawii PCRM zdobywa tu rekordowe ilości głosów. Zaraz przy cerkwi w centrum Komratu natrafiamy na ich stoisko, gdzie dostajemy partyjną gazetę. W środku wielka mapa Rosji z podpisami: „Pierwsze miejsce na świecie w wydobyciu gazu! Drugie w produkcji nawozów, trzecie w produkcji energii elektrycznej! Drugie miejsce na świecie w produkcji ziemniaków, szóste w produkcji mięsa!”. To agitka za przystąpieniem Mołdawii do Unii Celnej z Rosją. Przykładowe nagłówki artykułów w środku: „Mołdawska władza wdepnie na te same grabie, co ukraińska”, „Unionizm: karać śmiercią, nie okazywać łaski!”, „Mołdawianie nie Rumuni!”, „Anglia i Szkocja zalegalizowały homoseksualne małżeństwa”, „Belgijska eutanazja – legalne zabijanie dzieci!”, „W Niemczech kwitnie zoofilia”, „Kto doszedł do władzy na Ukrainie i czym jest Prawy Sektor?„. W zasadzie każdy nagłówek byłby warty przepisania.

Nie wiedzą gdzie leży Polska, ale zainteresowały ich nasze czapki z daszkiem i plecaki. Za taką czapkę to by nawet piłkę do nogi oddali. Zagranicą nie byli, jeden tylko w Odessie, ale mama mówi, że tam teraz niebezpiecznie. Dioma, Maxim, Sierżon i Sasza, odpowiednio po 11, 12, 13, 14 lat. Z żartem pytam ich, gdzie 15 i 16-letni koledzy. Maxim pokazuje poważnie w stronę dwóch chłopaków palących szlugi za stodołą, tak by mama nie widziała. Oni już bez zainteresowania, w nosie mają turystów i ich czapki. Młodzi nie znają angielskiego, niby mają go w szkole, ale jakoś się nie uczą. Ulubiony przedmiot to w-f i trud, na którym chłopcy uczą się tradycyjnych, męskich ról, jak wbijania gwoździ czy krojenia desek, a dziewczynki szycia i gotowania. Ogólnie po angielsku nie ma się tu szans dogadać z kimkolwiek. Lekkim wytchnieniem była dla nas więc rozmowa z panią Ludmiłą.

Fot. Maciej Butkowski

Dla przybysza z Polski poglądy miejscowych Polaków budzić będą konsternację i niedowierzanie. Podobnie jak cały region, tak i nasi mają tutaj mocno prorosyjskie poglądy. Putina tu kocha się jak ojca. Czeczenia? To nie jego sprawka. Gruzja? To nie Rosja zaczęła. Ukraina? Mogli nie znosić języka rosyjskiego. Politkowska? A to tylko w Rosji się zabija dziennikarzy? Litwinienko? On Ukrainiec, jego Ukraińcy zabili. Katyń? A co z pomordowanymi jeńcami sowieckimi po wojnie polsko-bolszewickiej? Trudno przejść obojętnie wobec tych tez. Miłość do Rosji łączy się tu jednak z jeszcze większą miłością do Polski.

Ludmiła Wolewicz wykonuje tytaniczną pracę, od dziesięciu lat prowadząc Stowarzyszenie Polaków w Gagauzji. Dzięki jej wysiłkom w Komracie powstały grupy nauczania języka polskiego i polskich tańców. Pierwsi Polacy trafili tu po insurekcji kościuszkowskiej. Każde następne niepodległościowe zrywy dostarczały do Gagauzji nowe partie polskiego żywiołu. Dopiero od niedawna, dzięki działalności stowarzyszenia, polska tożsamość odżywa. Wcześniej była tłumiona przez Imperium Rosyjskie, Związek Radziecki, ale też i Rumunię. Wielu Polaków przyjęło tożsamość gagauską, mnóstwo mieszkańców o nazwisku Nowak do niedawna nie miało pojęcia, kim byli ich przodkowie. Szacuje się, że około 1/6 mieszkańców Gagauzji ma polskie korzenie.

Mąż pani Ludmiły, pan Stanisław z Lublina, pracował na początku lat dziewięćdziesiątych w Urzędzie Powiatowym pod Kiszyniowem. Gdy wybuchła wojna w Naddniestrzu, publiczna telewizja poprosiła go o komentarz. Sprzeciw wobec mołdawskiej agresji kosztował go utratę pracy na drugi dzień. Pani Ludmiła mieszkała w trakcie wojny po wschodniej stronie Dniestru. Doskonale pamięta strach przed Mołdawianami, którzy atakowali na ulicach rosyjskojęzycznych mieszkańców. Dzieci wyrzucano z przedszkoli, Rosjan nie obsługiwano w sklepach.

Fot. Maciej ButkowskiNa obiedzie u Rimmy już nie chcę nikogo zamęczać polityką. Wystarczy, że w telewizji lecą obrazy z wschodniej Ukrainy. Rimma tak jak i Ludmiła, jest mocno prorosyjska. Ukraińskie czołgi w telewizorze są dla niej dowodem, że to Ukraińcy są agresorami. Kłóci się często o politykę ze swoim synem, Witalim. On już zasmakował Zachodu, dostaje z Unii dotacje na organizowanie wymiany studenckiej dla młodzieży z Europy. Może stąd ten nowiutki Range Rover na podjeździe. Zostajemy poczęstowani duszoną baraniną, cielęciną, ciastem i domowym winem. Rimma i Olga, chcąc nas postraszyć, mówią, że w Gagauzji zwyczaj nakazuje, żeby gość wypił co najmniej pięć kieliszków wina. Olga jest Gagauzką, sama alkoholu nie pije. Jest mocno wierząca i  ruga nas za każdym razem, gdy chwaląc jedzenie łamiemy pierwsze przykazanie. Pyta się czy w Polsce też panuje ten ohydny zwyczaj, żeby kobiety paliły papierosy. Ma 22 lata i studiuje rachunkowość. Polityką się nie interesuje, bo twierdzi, że to zajęcie nie dla kobiet. Burlacowie to typowa mołdawska rodzina – żona Polka, mąż Ukrainiec, syn Europejczyk, jego dziewczyna Gagauzka. W tym regionie mieszanych rodzin wydaje się być więcej od tych jednolitych. Wielokulturowość jest czymś, czego Polacy od 1945 r. w swoim kraju nie widzieli. Przynosi ona narodom więcej koloru i pozwala otworzyć umysł na drugiego człowieka. Stanowi jednak też zagrożenie. Gdy mniejszości są zbyt liczne, istnieje ryzyko pokusy dla sił politycznych, by rozgrywać jednych przeciwko drugim, zabrać temu a dać innemu, tamtych wyrzucić, tych zostawić. Tragiczna sytuacja gospodarcza jest zawsze dodatkowym paliwem dla ekstremizmu i ksenofobii.

Skansen 1984

Żelbetowy bunkier w nasypie kolejowym informuje nas, że zaraz za Dniestrem żarty się kończą. Co prawda pusty już od dawna, ale zawsze w razie ewentualnej awantury można wsadzić do niego z powrotem gniazdo cekaemu, kilka granatników i skutecznie zablokować ruch na drodze za mostem. Zaraz dalej, na środku ronda usadowił się posterunek wojskowy. Stary, wysłużony BWP z czasów sowieckich spędza swoją emeryturę pod oliwkową moskitierą. Dookoła niego kilku znudzonych żołnierzy z rosyjskimi flagami na ramionach i automatami w rękach.

Do końca XVIII wieku Naddniestrze podzielone było między Rzeczpospolitą i Imperium Osmańskie. II rozbiór  i  wojna rosyjsko-turecka odebrały Warszawie i Stambułowi te tereny na zawsze. Po zajęciu Besarabii przez Rumunię, sowiecką Mołdawię przeniesiono na drugi brzeg Dniestru, formując tam z części ziem ukraińskich kadłubową republikę, fundament pod przyszłą Mołdawską Socjalistyczną Republikę Radziecką. Wprowadzając w życie pakt Ribbentrop-Mołotow obie części połączono i w takich granicach Mołdawia funkcjonuje do dziś.

Koło godziny dwudziestej przekraczamy granicę, której teoretycznie nie ma. Żandarmeria wydaje nam kwitki upoważniające nas do legalnego pobytu na terenie Naddniestrza, ale…  tylko do godziny piątej rano następnego dnia. Żeby przedłużyć pobyt musimy lecieć do urzędu registracyjnego zamontowanego na ul. Lenina przy komisariacie policji. Całujemy klamkę, urząd już zamknięty. Zapraszamy jutro od ósmej.

–   Obcokrajowcy? Nie chodźcie po mieście w nocy, tu się nie lubi obcokrajowców. Jak już musicie wyjść to zostawcie pieniądze i paszporty w hostelu. U nas popiją, to i w mordę lubią dać.

 W hostelu dwuosobowy pokój kosztuje 600 rubli naddniestrzańskich, czyli około 150 złotych. Finanse mamy już na wykończeniu, więc staramy się o coś tańszego. Są jeszcze dwa rodzaje pokojów bez ciepłej wody, jeden za 450 rubli, drugi za 300. Cóż, ciepła woda to przecież fanaberia a pokój za 300 rubli nie może być przecież aż tak zły.

Fot. Maciej Butkowski

Odpadający tynk, brak ogrzewania, nieszczelne okna i balkon, ogromny grzyb w sedesie, zardzewiała wanna, miedziany drut zamiast karnisza, spinacze do papieru zamiast żabek – nie są w stanie nas zrazić. Przynajmniej pościel czysta i łóżka wygodne. Znieczulamy się winem od Rimmy i idziemy spać.

Urząd rejestracyjny wypchany jest po brzegi. Stoją i czekają wszyscy – Mołdawianie, Ukraińcy, Rosjanie, Bułgarzy. Każdy ze swoim paszportem w dłoni i kończącą się cierpliwością. Jest godzina 12:30, za 30 minut urząd robi sobie godzinną przerwę. Nie mamy szans załatwić swojej sprawy, więc odpuszczamy. Będziemy udawać, że „5 czasow” na kwitku uznaliśmy za piątą po południu. Pół godziny później zatrzymuje nas milicja.

Wtargnęliśmy bezczelnie na trzeci, zagadkowy dla nas, pas na jezdni. Nikt po nim nie chodzi, nie jeździ. My potrzebowaliśmy zrobić zdjęcie, więc weszliśmy, łamiąc prawo, zwyczaj czy też lokalne wierzenia. Na nic tłumaczenia, że my turisty, na nic wciskanie kitu, że mój papa był Russkij i ja prijechał uciec od antyrosyjskiej propagandy. Ratowało mnie tylko imię. Aleksander czyli Sasza to na wschodzie popularne imię i od razu nadaje przybyszowi jakiś lokalny, swoiski sznyt. Milicjant toże był Sasza, ale i tak odeskortował nas do swojej budki strażniczej. W środku biurko z setką kwitków na różne wykroczenia, krzesła dla przetrzymywanych, ikona z Matką Boską i butelka mineralki.

 –   Szto tiepier budiet Sasza?

–   Nu, ja skażu izwinitje i budiet haraszo.

–   Niet, niet, Sasza. Ty Russkij i ty nie panimajesz?

 Wiszącą w powietrzu sugestię można było kroić piłą. 150 lei mołdawskich i 25 naddniestrzańskich rubli chudsi opuszczamy stróżówkę, ciesząc się, że przynajmniej nie sprawdził naszych kwitków. Idziemy od razu do urzędu, gdzie jest jeszcze zamknięte. Nie okienka zamknięte czy pokoje, ale cały urząd, ludzi wystawiono na ulicę. Cenne minuty później, dowiadujemy się, że to nie tutaj, że trzeba iść gdzie indziej, mimo że skierowano nas właśnie tu.

Fot. Maciej Butkowski

Władimir Giorgiejewicz Tesliemko pomysł przyłączenia do Unii traktuje jak dobry żart. Tu ludzie jeszcze bardziej czują się częścią wschodniej cywilizacji. Mimo, że jest Ukraińcem, ma jak najgorsze zdanie o protestujących w swoim kraju. Dla Władimira najlepsze czasy były za Związku Radzieckiego. Nie było granic ani ceł, wszyscy żyli razem, w spokoju. Teraz wszędzie trzeba wizy i paszporty. Z rozrzewnieniem wspomina swoją wycieczkę w 1967 r. do Rygi. Gdy był młodszy, woził lodówki z fabryki do magazynów. Potem przemysł upadł i nadeszły chude czasy, nie dla każdego starczyło pracy. Żona Mołdawianka mieszka w Odessie, syn w Leningradzie, córka w Charkowie. Władimir żyje za skromną emeryturkę, ale jest szczęśliwy. Na starość sprawił sobie daczę. Działka malutka, około 80 metrów kwadratowych, na niej mała szopka, sklecona własnoręcznie z desek. Władimir jest jednak dumny jak paw, zdejmuje koszulę, pręży bicepsy w słońcu i prosi, by go fotografować przy pracy. Póki co nie ma jej dużo, ale przyjdzie sezon, to wyrosną tu pomidory, maliny, rzodkiewki, cebula, kukurydza, groch, ziemniaki, no i winogrona! Tych ostatnich zazdrościmy mu strasznie.

„W Polsce też są tacy źli ludzie? A ja myślałem, że tylko u nas“. Ktoś w nocy podpalił  furtkę od działki.

Fot. Maciej ButkowskiDoglądanie ogródka to za mało, by pozbawić emeryta energii. Oprócz tego Władimir dokarmia bezdomne psy i koty. Po drodze na działkę, ma całą trasę z przystankami, gdzie mieszkają zwierzaki: dwa kundle pod pustym wozem cygańskim, jeden na niczyjej działce, kot… kota nie było, bo gdzieś poszedł jak to kot. Bezdomnych zwierząt, szczególnie psów, na Wschodzie jest masa, zwłaszcza w tym regionie. Nie było tu ani Igrzysk, ani Euro, więc nikomu nie zależało by budować wsie potiomkinowskie i się ich pozbywać. Na schroniska teoretycznie nie ma pieniędzy. Życie takich psiaków zależy więc od dobrej woli człowieka lub tego co wygrzebie na śmietniku. Tylko jak życie psa ma tu interesować człowieka, gdy sam ledwo jest w stanie przeżyć za swoją głodową pensję? Latają więc samopas te psiaki, organizują się w watahy, zwołują jeden drugiego szczeknięciami i lecą załatwiać swoje psie sprawy. My lecimy z Władimirem do urzędu, dokończyć sprawy ludzkie.

Miasto jest wypchane prosowiecką symboliką po brzegi. Pomniki Lenina, Armii Czerwonej, sierpy i młoty są wkomponowane w krajobraz miasta. Obok pomnika Suworowa, kata Warszawy, stoi wielki telebim, na którym całą dobę wyświetlane są filmy propagandowe. Pijemy kawę po drugiej stronie ulicy. Właśnie skacze rosyjska kompania powietrzno-desantowa, za chwilę T-34 wjeżdzają do Berlina. Pokazywane też są materiały z pracy naddniestrzańskich celników i dokumenty o Unii Celnej z Rosją. Jedynym promykiem świata zachodniego jest bramka Błaszczykowskiego w meczu z Rosją z 2012 r. Stefan ze służby granicznej mówił nam, że pod Tyraspolem istnieje drugie, podziemne miasto, w którym budowane są schrony na wypadek wojny. Nikt inny tego nie potwierdził. Czasami wyrastały jednak przed nami w najmniej odpowiednim miejscu tabliczki ostrzegające, że dana ulica należy do naddniestrzańskiego KGB i nie należy na niej fotografować.

Fot. Maciej Butkowski

Uważać trzeba też na taksówkarzy. Nieopatrznie poprowadzona rozmowa, kilka pytań i uśmiechów za dużo i już jesteśmy zaproszeni do domu na obiad. Ukraińskiej blondynce trudno odmówić i już jedziemy zupełnie w inną stronę, niż chcieliśmy. Nie dość, że tak ingerują w Twoją przestrzeń prywatną, to jeszcze oszukują na taksometrze. Po pewnym czasie licznik przestaje nabijać dalej, no bo po co przybysz ma zapłacić za dużo. Nie z nami te numery, Olga! Inny nasz taksówkarz – Artem, Rosjanin – nie lubi Putina, bo za dużo kradnie i słabo radzi sobie z ekonomią kraju. Ale przynajmniej nie pije tyle, ile Jelcyn, no i stara się uczynić z Rosji silne państwo. Artem chciałby, żeby Naddniestrze dołączyło do Rosji, tak jak Krym. Olga za to chciałaby, żeby nic się nie zmieniało, bo wielka polityka przynosi tylko problemy małym ludziom.

Pasza Michałowna miała 68 lat, gdy wybuchła wojna. Choć wojskom mołdawskim nie udało się nigdy wejść do samego Tyraspola, w stolicy Naddniestrza nie było wcale spokojnie. Kiszyniów opłacał i dozbrajał miejscowych nacjonalistów z Frontu Ludowego Mołdawii, i to ich pani Pasza bała się najbardziej. Zagrożenie czyhało 50 metrów dalej. Obok bloku, w którym Pasza mieszka, stoi wieżowiec z wielkiej płyty. Dwanaście lat temu na szesnastym piętrze usadowił się w nim snajper. W nocy strzelał w okna mieszkań Rosjan i Ukraińców a po osiedlu biegały uzbrojone bojówki. Wojna w Naddniestrzu to kolejny konflikt, w którym sąsiad strzelał do sąsiada w imię politycznego absurdu. Mąż Paszy leżał wtedy w szpitalu, wszyscy sąsiedzi wyjechali ze strachu. Pierwsi blok opuścili Żydzi, którym Izrael podstawił autobusy razem z przygotowanymi plecakami pełnymi zapasów. Pasza została sama na dziewiątym piętrze, w swoim mieszkaniu spała na podłodze, bojąc się zbłąkanych kul.

Fot. Maciej ButkowskiWojna z 1992 r. silnie zakorzeniła w naddniestrzańskiej mentalności niechęć do Zachodu. Do Mołdawii, która była agresorem; do Rumunii, która Mołdawię wspierała. Naddniestrzanie pamiętają działania rosyjskiej 14 Armii generała Lebieda, broniącej suwerenności Naddniestrza. Czy się komuś to podoba, czy nie, Naddniestrze jest już osobnym państwem i do Mołdawii nigdy nie wróci. W marcu tamtejszy parlament zainspirowany sytuacją na Krymie, zwrócił się do rosyjskich deputowanych z prośbą o dołączenie Naddniestrza do Federacji Rosyjskiej.

Jarzmo i dyszel frygijskiego wozu królewskiego związane były węzłem gordyjskim, jak chce legenda. Besarabski odpowiednik wiąże jarzmo Naddniestrzan i Gagauzów z dyszlem przymocowanym do rozklekotanego wozu mołdawskiego, ledwie funkcjonującego i zakopanego po osie w błocie. A może odwrotnie? Jarzmo zarzucone na Kiszyniów, ciągnący Komrat i Tyraspol, wóz z ładunkiem, który ciąży, ale trudno się go pozbyć. Węzeł besarabski ściśnięty jest zbyt mocno przez korupcję, biedę, różnice etniczne, wielką i małą politykę, by się dało go rozplątać. Zbyt wiele zła wyrządziły sobie narody Mołdawii, zbyt wiele interesów znacznie potężniejszych państw się tu spotyka. Prędzej, czy później ktoś ten węzeł przetnie mieczem, a wtedy nic nie gwarantuje, że Dniestrem znowu nie popłynie ludzka krew.

Autor: Aleksander Zawilski
Fot. Maciej Butkowski

Komentarze

Nowa Strategia” jest portalem internetowym poświęconym tematyce bezpieczeństwa, historii oraz wojska. Informujemy o najważniejszych wydarzeniach oraz przedstawiamy własne komentarze na ich temat. Obejmujemy również patronatami wydarzenia naukowe, społeczne oraz sportowe w Polsce.

Najpopularniejsze posty