USS "Indianapolis"/ Źródło: Wikimedia Commons
USS "Indianapolis"/ Źródło: Wikimedia Commons

W paszczy rekina… Tragedia USS „Indianapolis”

6 sierpnia 1945 r. bombowiec B-29 „Enola Gay” zrzucił na Hiroszimę pierwszą w historii bombę atomową. Kilka dni wcześniej główne komponenty do „Małego Chłopca” dostarczył na wyspę Tinian, skąd wystartował B-29, amerykański ciężki krążownik USS „Indianapolis”. Po wypłynięciu z portu został on storpedowany przez japońską łódź podwodną. O dramatycznych losach rozbitków traktuje poniższy tekst.

15 lipca 1945 r. podczas spotkania z admirałem Williamem Purnelle’m komandor Charles McVay, dowódca ciężkiego krążownika USS „Indianapolis” otrzymał rozkaz wyruszenia swoim okrętem z bazy Mare Island do stoczni Hunters Point. Na miejscu miał odebrać ściśle tajny ładunek. Następnego dnia rankiem „Indianapolis” miał wyruszyć z maksymalną prędkością, z San Francisco w stronę bazy w Pearl Harbor na Hawajach. Następnie okręt miał skierować się na wyspę Tinian. Ładunek, który powierzono załodze komandora McVay’a miał mieć kluczowe znaczenie dla dalszych losów wojny z Japonią. Większą ze skrzyń ustawiono na pokładzie okrętu, natomiast mniejszą w specjalnie do tego przygotowanej kabinie. Wśród załogi krążyły przypuszczenia, że przewożą sztaby złota lub zarazki jakichś bakterii. Misję krążownika okrywała ścisła tajemnica.

Rankiem 26 lipca „Indianapolis” dotarł do wyspy Tinian. Po wyładowaniu tajemniczego ładunku i towarzyszących mu pasażerów komandor McVay miał rozkaz skierować okręt w kierunku wyspy Guam, a następnie do zatoki Leyte, gdzie miał wziąć udział w manewrach V Floty. Po dotarciu do portu Apra na Guam zatankowano paliwo i uzupełniono zapasy do dalszej podróży. 28 lipca o 900 „Indianapolis” wyruszył w kierunku Leyte. Amerykański krążownik płynął bez eskorty, będąc narażonym na niespodziewany atak nieprzyjacielskiego okrętu podwodnego. Okręt nie posiadał aparatów podsłuchowych, ani urządzeń obronnych przeciwko japońskim okrętom podwodnym. Zazwyczaj płynącym przez ocean krążownikom czy pancernikom towarzyszyły niszczyciele, jako okręty eskorty. Raporty wywiadu marynarki nie stwierdzały obecności nieprzyjacielskich jednostek w pobliżu trasy „Indianapolis” więc rejs wydawał się czystą formalnością. Na miejscu okręt miał być spodziewany 31 lipca o godzinie 1100.

Ostatnia podróż USS "Indianapolis"/ Źródło: Wikimedia Commons

Ostatnia podróż USS „Indianapolis”/ Źródło: Wikimedia Commons

Doniesienia amerykańskiego wywiadu nie sprawdziły się. Na trasie, którą płynął USS „Indianapolis” znajdował się japoński okręt podwodny I-58, którego dowódcą był komandor podporucznik Mochitura Hasimoto. O godzinie 2230 komandor Hashimoto został zbudzony przez podoficera wachtowego. Przeprowadził obserwację peryskopową, ale nie stwierdził żadnego ruchu na powierzchni i polecił wynurzenie I-58. Kilka minut później obserwator w kiosku łodzi podwodnej zauważył płynący okręt. Hashimoto polecił zanurzenie i ogłoszenie alarmu bojowego. Japoński dowódca miał do wyboru konwencjonalne torpedy lub „kaiteny”„żywe torpedy”. Tym razem „kaiteny” musiały poczekać na swoją kolej. I-58 zajął dogodną do ataku pozycję i kiedy amerykański krążownik znalazł się w odpowiednim miejscu, Japończycy wystrzelili salwę torpedową. Krótko po północy 30 lipca 1945 r. dwie z sześciu wystrzelonych torped trafiły w cel. USS „Indianapolis” zatonął w ciągu dwunastu minut. Część załogi zginęła w momencie eksplozji, wielu nie miało szans wydostać się z tonącego okrętu. Pozostali w liczbie około 900 znaleźli się w wodzie. Szczęśliwcy znaleźli się w kilku tratwach ratunkowych, które zdołano zwodować. Pozostali albo mieli na sobie jedynie kamizelki ratunkowe, dzięki którym utrzymywali się na morzu, albo zdobywali je, zabierając kapoki martwym towarzyszom. Licząc, że niedługo zostaną zauważeni przez amerykańskie samoloty, marynarze ścieśniali się w grupki liczące od kilkunastu do nawet 300 osób. Niedługo potem byli narażeni na cierpienie z powodu braku wody pitnej oraz co gorsze na ataki rekinów. Jeden z członków załogi, Loel Cox wspominał: „Poszliśmy na dno po północy. Pierwszego rekina zobaczyłem tuż po wschodzie słońca. Były ogromne. Niektóre z nich miały ponad piętnaście stóp długości, przysięgam”. Drapieżniki zostały zwabione odgłosami eksplozji, tonięcia okrętu oraz wyczuły krew w oceanie. Pierwszej nocy rekiny zajęły się zwłokami martwych Amerykanów. W późniejszych dniach ich ofiarami zaczęli padać pozostali, szamoczący się w wodzie rozbitkowie z „Indianapolis”. Ranni, stanowiący łakomy kąsek dla drapieżników, więc pozostali próbowali oddzielać ich od reszty. Umierający marynarze byli także odpychani od grupek rozbitków, stając się kolejnymi posiłkami dla przybywających całymi stadami rekinów. Strach paraliżował dosłownie każdego. Powodował, że niektórzy nie mogli przełknąć nawet niewielkich racji pożywienia, które były w posiadaniu marynarzy. W jednym przypadku zapach mięsa z jednej z puszek zwrócił uwagę krążących pod wodą rekinów na grupę, która próbowała się posilić. Edgar Harrel wspominał: „Nagle słyszysz przeraźliwy krzyk i ciało znika pod wodą, a po chwili jedynie kamizelka wraca na powierzchnię”. Największe szanse na uniknięcie paszczy rekinów mieli ci, którzy znajdowali się wewnątrz kręgów. Będący na zewnątrz byli najbardziej narażeni na atak.

Ocaleli rozbitkowie na wyspie Guam/ Źródło: Wikimedia Commons

Sanitariusze zajmują się członkami załogi USS „Indianapolis”/ Źródło: Wikimedia Commons

Koszmar załogi „Indianapolis” trwał kolejne dni. Amerykanie zaczęli cierpieć z powodu udarów słonecznych oraz pragnienia. Niektórzy dostawali halucynacji i pili wodę morską, która powodowała jeszcze większe cierpienie. Wprawdzie wywiad marynarki przechwycił depeszę komandora Hashimoto o storpedowaniu amerykańskiego krążownika w rejonie, gdzie powinien przebywać „Indianapolis” ale uznał, że jest to japoński podstęp, mający schwytać w zasadzkę płynące na pomoc statki. Dopiero czwartego dnia po storpedowaniu rozbitków dostrzegł amerykański samolot zwiadowczy. Po kilku godzinach wodnosamolot zrzucił rozbitkom kilka tratw i racji żywnościowych. Gdy jego pilot. Porucznik Adrian Marks dostrzegł, że marynarze są atakowani przez rekiny wylądował w pobliżu jednej z grup i pomógł kilku z nich dostać się na pokład. Po północy, 3 sierpnia niszczyciel USS „Doyle” podjął z wody ocalałych rozbitków z USS „Indianapolis”. Z załogi USS „Indianapolis” liczącej 1196 marynarzy i Marines udało się uratować jedynie 317. Marynarka musiał znaleźć winnego katastrofy krążownika. Kozłem ofiarnym uznano dowódcę okrętu, który nie zygzakował i dał tym samym możliwość skutecznego ataku japońskiemu okrętowi podwodnemu. Nie uznano argumentów, że komandor prosił o ochronę niszczycieli, której mu nie przydzielono czy zlekceważenie przechwyconego meldunku o zatopieniu dużego okrętu. W 1968 r. komandor Charles McVay popełnił samobójstwo. Dowódca USS „Indianapolis” został pośmiertnie oczyszczony z zarzutów przez Kongres i prezydenta Billa Clintona 30 października 2000 r.

Komentarze

Absolwent historii UMCS. Jego zainteresowania to historia XX-lecia międzywojennego, front wschodni podczas II Wojny Światowej, historia wojsk powietrznodesantowych oraz dzieje Waffen SS.