Extremalna promocja notebooka MSI
Źródło: www.aon.edu.pl

Kongres organizacji pro obronnych – czyli sukces MON, którego nie było

W dniach 20-21 marca odbył się w Warszawie, szeroko reklamowany przez MON (i media), I Kongres Organizacji Pro Obronnych i Klas Mundurowych. Większość oficjalnych relacji z Kongresu emanowała sukcesem i optymizmem. Podkreślano przede wszystkim fakt, iż wzorem okresu przedwojennego powołano w końcu federację organizacji pro obronnych oraz to, że utworzona została „nowa, jakość” współpracy organizacji pro obronnych z MON. Tylko, że jak zwykle w działaniach MON, w oficjalnej beczce miodu znalazła się potężna, nieoficjalna chochla dziegciu, która spowodowała, że ów miód dla wielu uczestników okazał się niestrawny.

Sklep Urodzeni Patrioci

Już na samym początku Kongresu pojawił się potężny zgrzyt. Z zapowiadanych szumnie przez organizatorów i państwowe media (Polskie Radio, TVP) 120 organizacji pro obronnych zainteresowanych Kongresem, przyjechało … ok. 12 (!) . Aby mieć zapewnioną frekwencję MON zadbało, żeby powstającą lukę w obecności, uzupełnili przedstawiciele szkół, w których funkcjonują klasy mundurowe. Stąd okazało się, że większość uczestników Kongresu to nie członkowie społecznych organizacji pro obronnych, ale właśnie pracownicy na państwowych etatach. W ten sposób Kongres zaplanowany, jako de facto społeczny stał się w większości zjazdem państwowych pracowników i funkcjonariuszy.

Kolejne faux pas miało miejsce,  gdy obrady opuściły już kamery. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znaczna część posłów i przedstawicieli różnych państwowych instytucji zaczęła się wymykać z centrum kongresowego. Jak widać na zdjęciach wykonanych przez uczestników pod koniec pierwszego dnia obrad (po godzinie 15.00) wiele miejsc zostało pustych.

Również, jeśli chodzi o merytoryczną część Kongresu, to przyniosła ona więcej zamieszania niż pożytku dla obronności kraju. Zapowiadane, jako sztandarowe osiągnięcie Kongresu – powstanie federacji organizacji pro obronnych, podpisało … 7 organizacji, w większości i tak związanych lub współfinansowanych przez MON. Znaczna część z przybyłych delegacji uznała, że propozycje MON to nic innego jak kolejna akcja PR-owa i kolejne szukanie sposobu na uzupełnienie dramatycznie spadających rezerw osobowych Wojska Polskiego. Poza tym część pomysłów MON, przedstawionych na Kongresie była, co najmniej kuriozalna.

Zacznijmy od wystąpienia szefa MON – v-premiera Tomasza Siemoniaka. Niespodziewanie zapowiedział on powołanie zwartych pododdziałów NSR w liczbie 2500 żołnierzy w tym 500 żołnierzy zawodowych. „Postanowiliśmy utworzyć z nich komponent terytorialny, opierając go o wojewódzkie sztaby wojskowe i wojewódzkie komendy uzupełnień”, stwierdził w swoim wystąpieniu szef MON Tomasz Siemoniak. Niestety, zwykła matematyka wskazuje, że na każde województwo wypadnie średnio po 156 żołnierzy komponentu terytorialnego NSR. Pan v-premier nie poinformował, co dociekliwszych słuchaczy, do czego taka liczba miałaby służyć w razie np. mobilizacji? Przypomnę, że w Polsce jest ponad 30 tys. mostów i tuneli, 13 dużych portów lotniczych i 12 ważnych portów morskich. Wyróżnia się też 22 duże okręgi oraz kilkadziesiąt mniejszych ośrodków przemysłowych. Jak szef MON chce to wszystko na wypadek wojny ochronić 2500 żołnierzami NSR – pozostanie jego tajemnicą. A nawet gdyby ten komponent zwiększyć do 10 tys. to i tak nie był by on w stanie ochronić (i obronić przed atakiem dywersantów) nawet ułamku tej infrastruktury. Samych mostów i przepustów o znaczeniu strategicznym dla wojska jest około 650.

Kuriozalne wydaje się następne zdanie v-premiera Tomasza Siemoniaka, który stwierdził – „…w czasie mobilizacji ten komponent stanowić będzie podstawę rozwinięcia wojskowej obrony terytorialnej…”. Otóż szef MON wykazał się w tym przypadku przynajmniej krótką pamięcią.  (Na marginesie:  nie da się w oparciu o jednostki rezerwowe, tworzyć kolejnych jednostek rezerwowych, można tylko w oparciu o jednostki zawodowe tworzyć pododdziały rezerwowe lub też rozwijać już funkcjonujące jednostki skadrowane). Otóż ten sam vice premier, jeszcze, jako minister MON nakazał od roku 2012 likwidację komórek planistycznych Obrony Terytorialnej na wszystkich szczeblach Terenowych Organów Administracji Wojskowej! Słowem szef MON chce rozwijać Obronę Terytorialną w oparciu o … zlikwidowane przez siebie jednostki planistyczne! Ja bardzo przepraszam, ale mam nadzieję, że to tylko żart!

Pomysł szefa MON ma jeszcze inne reperkusje. Dla mnie pozostanie tajemnicą, dlaczego w jednostkach skadrowanych i typowo rezerwowych, jakim są NSR-y, udział żołnierzy zawodowych ma wynieść, aż 20%, kiedy wystarczy 3-5%? Czyżby chodziło o „ciepłe posadki” dowódcze dla „wybrańców zza biurka”? Zachodzi też podejrzenie, że znaczna część tych 500 zawodowych żołnierzy zostanie „wyciągnięta” z jednostek zawodowych, gdzie są oni już częścią dobrze funkcjonującego zespołu. W ten sposób MON osłabi część zawodową armii i nie osiągnie nic więcej. Udział zawodowych żołnierzy w pododdziałach NSR przypominać będzie wpasowywanie części z F1 do Trabanta. Różnica wyszkolenia jest tak duża, iż mogą oni w NSR pełnić tylko funkcje dowódcze. Każda inna funkcja to marnowanie pieniędzy wydanych na szkolenie zawodowych żołnierzy. Widać v-premier Tomasz Siemoniak nie liczy się z takim marnotrawstwem poniesionych wydatków na armię.

Inną niepokojącą informacją płynącą z samego Kongresu są plany dalszej degrengolady szkolenia podstawowego żołnierzy. Przypomnę, iż obecnie na Ukrainie szkolenie rekruckie trwa ponad 3 miesiące. Jest ono uznawane za niewystarczające i stało się przyczyną wielu klęsk i niepowodzeń sił ukraińskich, skutkiem, czego są ogromne straty osobowe armii ukraińskiej. Co proponują decydenci MON? Ano nic innego jak jeszcze większe skrócenie szkolenia podstawowego w Polsce do … 7 tygodni! Potwierdził to pełnomocnik MON ds. społecznych inicjatyw pro obronnych gen. Bogusław Pacek, który przed kongresem w wywiadzie dla PAP stwierdził min., że „organizacje zainteresowane obronnością i klasy mundurowe będą mogły – na podstawie programu zatwierdzonego przez wojsko – prowadzić część szkolenia rezerwistów (…) szkolenie to, dostosowane do potrzeb armii – kończyłoby się przysięgą i nadaniem stopnia”. To nic innego niż szykowanie na wypadek wojny mięsa armatniego! Jakże pozytywną informację w stosunku do zamierzeń MON w tym zakresie, przedstawił płk Witold Gniecki. Prelegent odnosił się głównie do systemu szkolenia w organizacjach pro obronnych gdzie stwierdził, że 40 – 50% szkoleń organizacji pro obronnych jest prowadzonych na profesjonalnym poziomie. Podsumowując sprawę można stwierdzić, ze szczyptą humoru, że MON zamierza de facto szkolić tylko żołnierzy w minimalnym stopniu, pozostawiając profesjonalne szkolenie tym 50%-om organizacji pro obronnych.

Reasumując I Kongres Organizacji Pro Obronnych i Klas Mundurowych mimo szumnych zapowiedzi organizatorów, zakończył się w dużej mierze klapą. Przedstawiona koncepcja zmian w NSR, jak na 3 lata pracy nad nią ma mizerny rezultat, gdyż poza wprowadzeniem zwartych pododdziałów nie wnosi nic nowego. W zasadzie to poprzez wydelegowanie 500 żołnierzy zawodowych dla potrzeb NSR osłabia zawodowy komponent Wojska Polskiego. Ponadto nie przedstawiono na Kongresie ani docelowych kształtów NSR, ani planów z nimi związanych.

Brak było też konkretów w stosunku do innych propozycji. Nie wymieniono ani kwestii wyposażenia pozyskanych z organizacji pro obronnych żołnierzy, ani też nie przedstawiono konkretnych planów szkoleń tych młodych ludzi. W zasadzie MON, poprzez FOP chce, wesprzeć odbudowę Obrony Cywilnej jak również dopełnić rezerwy osobowe armii. Dodajmy dopełnić przez słabo wyszkolonych i wyposażonych młodych ludzi, którzy w takim wypadku będą w razie wybuchu wojny tylko zwykłym mięsem armatnim.

Powołana przy dużym rozgłosie medialnym, Federacja Organizacji Pro obronnych, (FOP) obejmuje zaledwie 7 na 120 organizacji, które wg MON były zainteresowane Kongresem. Być może dołączą następne. Póki, co ukazały się informację uzasadniające, dlaczego nie dołączą. Nie skusiły ich nawet zapowiadane hojne dotacje dla organizacji skupionych w FOP.

Miniony I Kongres Organizacji Proobronnych i Klas Mundurowych nie przyniósł ani spodziewanego przełomu w podejściu decydentów do Obrony Terytorialnej, ani nie przyniósł masowego poparcia pomysłów MON ze strony organizacji pro obronnych. Kwestia uzupełnienia rezerw osobowych wojska nadal jest nie rozwiązywalna dla v-premiera Tomasza Siemoniaka. Dalsze, coraz bardziej cyrkowe pomysły jego doradców nie zmienią faktu, iż nasze Siły Zbrojne potrzebują rocznie dopływu, co najmniej 15 tysięcy WYSZKOLONYCH, a nieprzeszkolonych żołnierzy rezerwy. A kraj bardziej od mitycznych Tomahawków za 15-20 lat, potrzebuje na już Obrony Terytorialnej. Na razie MON w ramach mobilizacji planuje korzystać z Agencji Ochrony Mienia i niewystarczającej liczby, niewyszkolonych dzieci, … bo trudno będzie po planowanym 7 tygodniowym szkoleniu, nazywać ich żołnierzami.

Komentarze

Oficer rezerwy rozpoznania, ukończył historię na Uniwersytecie Szczecińskim i studia podyplomowe na SGGW. Manager zarządzający i doradca w firmach konsultingowych

Najpopularniejsze posty