Anatol Radziwonik "Olech" / Źódło: Wikimedia

Anatol Radziwonik – żołnierz wyklęty z Kresów

Nazywali ich bandytami. Ale czy bandytyzmem jest walka o własny, niepodległy kraj? Przez długi czas musieli toczyć nierówny bój, najpierw z okupantem niemieckim, a potem sowieckim. Żyli prawem wilka, ale my już przestajemy o nich milczeć. Wielu z nich pozostało na Kresach, aby walczyć w obronie ludności polskiej. Zapłacili za to najwyższą cenę. Jednym z nich był Anatol Radziwonik, pseudonim „Olech”.

Anatol Radziwonik, ps. „Olech”, „Mruk”, „Stary”, „Ojciec”, urodził się 20 lutego 1916 roku w Briańsku koło Wołkowyska. Rodzice pokładali w nim duże nadzieje, dlatego wysłali go do Państwowego Męskiego Seminarium Nauczycielskiego w Słonimiu. Po ukończeniu seminarium, podjął pracę nauczyciela w szkole wiejskiej w Iszczołnianach (woj. nowogródzkie). Z zapałem wypełniał obowiązki pedagoga. Starał się aktywizować młodzież na wiele różnych sposobów, m.in. zaszczepił w nich miłość do harcerstwa. W 1938 roku został wezwany do Wojska Polskiego. Służbę odbył w szkole podchorążych w Jarosławiu.

Nie za bardzo wiemy kiedy „Olech” przystąpił do konspiracji. Wiemy na pewno, że w 1943 roku dowodził jedną z kilku placówek konspiracyjnych Obwodu AK Szczuczyn. Za swoje zaangażowanie otrzymał awans na stopień podporucznika. Na początku 1944 roku, zamienił działalność konspiracyjną na partyzantkę. Objął dowodzenie plutonem w 2. kompanii w VII batalionie 77. pp. AK, pod komendą słynnego porucznika Jana Piwnika „Ponurego”.

Razem ze swoim oddziałem, brał udział w wielu operacjach bojowych przeciwko Niemcom. Na przykład, w zwycięskiej akcji zlikwidowania niemieckiego garnizonu w Jewłaszach, w dniu 16 czerwca 1944 roku (niestety „Ponury” zginął od kul nieprzyjaciela).

Na początku lipca, jego batalion wyruszył w stronę Wilna, aby wziąć udział w operacji pod kryptonimem „Ostra Brama” (plan zakładał zdobycie Wilna, bronionego przez garnizon niemiecki, zanim wkroczą do niego Sowieci). Niestety operacja została przyśpieszona i jego oddział nie zdążył na czas.  Uratowało to go od rozbrojenia przez Rosjan.

Okupacja niemiecka została zamieniona na sowiecką. Ale „Olech” nie zamierzał składać broni. Razem ze swoimi ludźmi postanowił dalej walcząc na Kresach, zaświadczając o polskości tych ziem. Czekał na konferencję pokojową, która jak przypuszczał rozwiąże sprawę Kresów na korzyść Polski. Niestety, zachodni alianci sprawę wschodniej granicy Polski ustalili już na konferencji w Teheranie w 1943 roku. Nie poinformowali o tym swego najwierniejszego sojusznika, czyli Polski.

"Olech"

„Olech” w 1945 objął funkcję komendanta obwodów Szczuczyn-Lida. Dowodził również silnym oddziałem partyzanckim (w 1945 podlegało mu ok. 800 osób). Kiedy było już wiadomo, że wschodnia granica Polski oprze się na linii Curzona, jego oddziały zaczęły stopniowo się wykruszać. Radziwonik dał wolną rękę swoim podkomendnym. Część postanowiła wyruszyć do Polski i tam walczyć, wielu zrezygnowało, sporo również zginęło w obławach NKWD. Przeprowadzali wiele akcji, poniżej niektóre z nich:

  • sierpień 1945 – opanowanie osady Toboła, gdzie mieścił się sowiecki posterunek,
  • wrzesień 1945 – zlikwidowanie trzech oficerów NKWD pod Lidą,
  • listopad 1945 – przebicie się po wspaniałym kontrataku przez obławę 34. pułku NKWD w okolicach Lidy.

W 1948 roku, dowodzone przez Radziwonika oddziały zaczęły walkę z kolektywizacją. Zdołano zniszczyć kilkanaście powstających kołchozów. Likwidowano również nadgorliwych sowieckich urzędników oraz donosicieli. Tych drugich wykrywano w taki sposób, że jeden z partyzantów przebierał się w mundur oficera NKWD i odwiedzał delikwenta. Po kilku pytaniach było już wiadomo, czy jest agentem. Aktywiści komunistyczni bali się „Olecha” jak ognia. Jeden z nich, kierownik fabryki cegieł w Iszczołnianach, tak opisywał tamtą sytuację:

„Z naszych pracowników major Pogulajew zorganizował odział wsparcia – istriebitielnyj otriad . Teraz o tym dowiedziała się cała wieś i ci chłopcy boją się w domu nocować, bo się dowiedziała o tym i banda, która w każdej chwili może przyjść i wszystkich rozwalić. Ci chłopcy chcą teraz wyjechać. Proszę nam pomóc, bo inaczej wszyscy, cały naród poucieka. Wszyscy się boją. Jak dzień, to jeszcze nic. A w nocy, gdy słońce zachodzi, to wszyscy siedzą, jakby byli w osaczonej twierdzy – drzwi zamknięte i patrzą, czy jest jakiś ruch na ulicy. Jak coś podejrzanego się dzieje, to od razu wszyscy uciekają, gdzie kto może”.

Pod koniec 1948 roku, „Olechowi” podlegało jeszcze ok. 100 żołnierzy. Najwięcej było katolików i prawosławnych. Przy boku Radziwonika walczył również Ukrainiec, były lejtnant Armii Czerwonej o pseudonimie „Zielony”, który wsławił się ogromną determinacją w zwalczaniu Sowietów.

Zmasowane ataki na partyzantów „Olecha”, którzy byli oczywiście rozproszeni na kilka mniejszych oddziałów, rozpoczęły się z początkiem 1949 roku. Wielu żołnierzy zginęło, m.in. ppor. Witold Maleńczyk „Cygan”, który był zastępcą komendanta. Pętla wokół szyi Radziwonika zaciskała się coraz bardziej. 12 maja, razem z kilkunastoma towarzyszami został otoczony przez kilka pierścieni wojsk NKWD w okolicach Raczkowszczyzny. Przeżyły tylko trzy osoby: Zygmunt Olechnowicz „Zygma”, łączniczka oddziału Genowefa Wróblewska oraz jej brat Witold Wróblewski „Dzięcioł” (zostali skazani na 25 lat łagrów). Ten ostatni tak opisał tamte chwile:

„Zostaliśmy wydani przez miejscowego chłopa. Oddział został otoczony trzema pasami wojsk NKWD. Próbowaliśmy się przebić. Jednak nikomu się to nie udało. Przeżyłem ja, moja siostra Genowefa, która była łączniczką oddziału, oraz Zygmunt Olechnowicz, który był adiutantem Olecha. Była wielka uwaga do naszego procesu. Jeden raz przywieźli mnie do budynku grodzieńskiego MGB do gabinetu naczelnika. – Chcą z tobą porozmawiać – tłumaczyli. Otwierają się drzwi i wchodzi kilku wyższej rangi oficerów. Wśród nich niewysoki Gruzin. Potem dowiedziałem się, że to był naczelnik MGB Białorusi Canawa. No i ten Canawa spojrzał na mnie i pyta: Jak byś mnie w lesie spotkał, to co byś zrobił? A ja mu odpowiadam: Jestem żołnierzem – kazaliby powiesić, powiesiłbym, kazali rozstrzelać – rozstrzelałbym. On się wściekł. I wychodząc, rzucił do mnie: siedem dni karceru”

Razem ze śmiercią „Olecha” nastał kres zorganizowanego oporu na Grodzieńszczyźnie. Jednakże, wielu partyzantów walczyło do połowy lat 50. Na odwrocie jednego ze zdjęć, przedstawiających partyzantów Radziwonika, widnieje napis:

„Nic dla siebie, wszystko dla Ojczyzny”

Było to motto kresowych oddziałów, które komendant wpajał swoim wiernym żołnierzom.

Artykuł ukazał się również na stronie Zapisane w Kronikach (www.zapisanewkronikach.pl).

Bibliografia:

www.solidarni.waw.pl,

Żołnierze wyklęci, antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 roku, praca zbiorowa, Warszawa 2013

Komentarze

Historyk. Specjalizuje się w dziejach Związku Sowieckiego. Pozostałe zainteresowania to: losy Polaków podczas II WŚ oraz samoloty II WŚ.

Najpopularniejsze posty